Sanatoryjny grafik na ten dzień został oficjalnie zamknięty. Elwira stała
przed lustrem w łazience, a wokół niej unosiła się chmura ulubionych perfum. Na
łóżku leżał już przygotowany zestaw: nienagannie wyprasowany, taliowany żakiet
w kolorze głębokiego granatu, dopasowane spodnie i elegancki, czarny golf z
delikatnej dzianiny. Trzy tygodnie w uzdrowisku zobowiązywały - Elwira
doskonale wiedziała, że niedziele i wieczory w sanatorium rządzą się swoimi,
eleganckimi prawami.
Helena siedziała w
fotelu, z uśmiechem obserwując te przygotowania.
- Wyglądasz zjawiskowo,
Elwirko. Ten żakiet idealnie podkreśla twoją talię - pochwaliła ciepło.
- Dziękuję, Helenko. Ale
wciąż mam wrażenie, że czegoś tu brakuje... - Elwira zmrużyła oczy, patrząc na
swoje odbicie. Czarny golf był elegancki, ale odrobinę zbyt surowy jak na
romantyczną kolację. - Ten dekolt jest taki... pusty.
Helena podniosła się z
fotela, podeszła do swojej szafki nocnej i wyjęła z niej małe, welurowe
puzderko. Otworzyła je z niemal nabożną czcią. W środku, na czarnej
poduszeczce, lśnił przepiękny, staroświecki naszyjnik. Wielki, zielony szmaragd oprawiony w rzeźbione srebro
zdawał się tętnić własnym, tajemniczym życiem.
- Weź to - Helena podała
jej pudełeczko. - To pamiątka po mojej babci. Szmaragd przynosi szczęście w
miłości. Będzie idealnie pasował do twoich oczu i do tego czarnego golfu.
Elwira zaniemówiła.
Ostrożnie wyjęła biżuterię. Srebrny łańcuszek był przyjemnie chłodny, ale gdy
zapięła go na szyi, szmaragd natychmiast rozświetlił całą jej twarz. Zielony
kamień na tle czarnej dzianiny wyglądał królewsko.
- Helenko... ja
nie mogę. To zbyt cenne - szepnęła, dotykając wisiora.
- Możesz i musisz.
Dzisiaj jesteś moją... to znaczy, jesteś najpiękniejszą kobietą w Lipowie - poprawiła
się szybko Helena, mrugając do niej wesoło. - A teraz uciekaj. Doktor Nikodem
na pewno już odlicza minuty do końca dyżuru. Nie każ mu czekać na to wyjątkowe
serce.
Elwira spojrzała jeszcze
raz na stojący na stole bukiet holenderskich chabrów. Błękit płatków i zieleń
szmaragdu na jej szyi tworzyły duet idealny. Była gotowa.
Rozdział 57: Szmaragdowa szczerość
Restauracja mieściła się w podziemiach starej willi. Ceglane ściany, cicha muzyka jazzowa w tle i palące się w świecznikach świece tworzyły intymny, bezpieczny azyl. Nikodem czekał przy stoliku w rogu sali. Gdy zobaczył Elwirę wchodzącą w dopasowanym żakiecie, czarnym golfie i lśniącym na szyi szmaragdzie, natychmiast wstał. Przez kilka sekund po prostu milczał, zafascynowany jej widokiem.
- Wygląda pani... zjawiskowo, Elwiro - odezwał się wreszcie, odsuwając dla niej krzesło. - Ten naszyjnik jest niezwykły. Ma w sobie jakąś tajemnicę.
- Dziękuję - uśmiechnęła się ciepło, siadając naprzeciwko. - To pamiątka rodzinna. Dostałam go na ten wieczór od... od Heleny.
Kolacja mijała w cudownej atmosferze. Rozmawiali o wszystkim - o ich pasjach, marzeniach i o tym, jak sanatorium potrafi odmienić człowieka. Nikodem okazał się niezwykle uważnym słuchaczem. Nie grał roli niedostępnego ordynatora. Był po prostu facetem, który z każdym słowem coraz bardziej zakochiwał się w kobiecie siedzącej naprzeciwko.
W pewnym momencie Nikodem położył swoją dłoń blisko dłoni Elwiry. Spojrzał na nią z głębokim podziwem.
- Wiesz, Elwiro... kiedy patrzę na ciebie, na to, z jaką miłością i oddaniem opiekujesz się swoją mamą, czuję ogromny szacunek. W dzisiejszym świecie ludzie uciekają od odpowiedzialności za rodziców. A ty oddałaś jej całe swoje serce. Helena musi być najszczęśliwszą matką na ziemi
Elwira zamarła. Spojrzała na szmaragdowy naszyjnik, który pulsował zielenią na jej piersi. Słowa Nikodema, choć pełne zachwytu, uderzyły w nią jak obuchem. Poczuła, że jeśli teraz nie powie prawdy, to to małe kłamstwo urośnie do rozmiarów muru, którego nigdy nie zdołają zburzyć. Spojrzała mu prosto w oczy. Jej serce biło szaleńczo, ale w głosie pojawiła się absolutna pewność.
- Nikodem... muszę ci coś powiedzieć. Coś bardzo ważnego.
Lekarz uniósł brwi, wyczuwając nagłą zmianę tonu.- Słucham cię, Elwiro. Coś się stało?
- Helena... Helena nie jest moją matką - wyznała cicho, a kamień, który od dni ciążył jej na piersi, nagle zaczął opadać. - Nie jesteśmy w żaden sposób spokrewnione. Moja rodzona mama została w domu, dzwoniła z zazdrości, bo wie, jak bliska jest mi Helena. Helena to kobieta, która uratowała mnie, kiedy byłam na samym dnie. Dała mi schronienie, miłość i zrozumienie, którego nigdy nie dostałam we własnym domu. Przyjechałam tu z nią, żeby spłacić dług wdzięczności. W urzędzie NFZ i w twoim gabinecie skłamałam, bo... bo bałam się, że nas rozdzielą. Że nie pozwolą mi się nią opiekować.
<><><><><><>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz