Rozdział 8: Pierwsza jazda na rowerku
Przed oczami leżącej przy szpitalnym łóżku Marii nagle, z niesamowitą wyrazistością, stanął pewien słoneczny, majowy dzień. Elwira miała wtedy siedem lat. Piotr uparł się wówczas, że kupi jej pierwszy prawdziwy rowerek – mały, jaskrawoczerwony, z dwoma dodatkowymi kółkami z tyłu. Maria doskonale pamiętała tamten strach, który ścisnął jej gardło na sam widok pedałów i łańcucha. „Piotr, jej serce! Ona przecież nie może się tak przemęczać! A jak spadnie?!” – krzyczała wtedy w kuchni, mając łzy w oczach. Piotr jednak tylko milczał, zaciskał mocno szczęki i z uporem montował kolejne śrubki przy bocznych kółkach.
Pierwsza jazda odbyła się na ich ciasnym podwórku. Piotr dwoił się i troił, żeby okiełznać burzę niesfornych, czarnych jak węgiel włosów córki. Ostatecznie zrezygnował z upychania ich pod ciasną, styropianową skorupę – kask i tak siedział nieco krzywo na jej małej głowie, a cała ta gęstwa została mocno związana i opadała swobodnie, tworząc potężny, gruby pęk na plecach dziewczynki. Elwirka kurczowo trzymała kierownicę jaskrawoczerwonego rowerka, a Piotr biegł tuż obok niej, zgięty wpół, asekuracyjnie trzymając drewniany kij włożony pod siodełko. Maria stała nieruchomo na ganku, trzymając w dłoniach gotową apteczkę i telefon z wklepanym już na wyświetlaczu numerem na pogotowie. Do dziś pamiętała ten moment, gdy mała Elwirka po raz pierwszy złapała właściwy rytm. Kółka terkotały głośno o beton, a dziewczynka piszczała z dzikiego zachwytu: „Mamo, patrz! Jadę! Sama jadę!”.
Dla każdego zdrowego dziecka to była zwykła, codzienna zabawa. Dla ich małej rodziny – wejście na sam szczyt Kilimandżaro. Maria pamiętała jednak, jak już po pięciu minutach Piotr musiał bezwzględnie zatrzymać rowerek, bo Elwira zaczęła zbyt gwałtownie, łapczywie łapać powietrze, a jej małe usta delikatnie zsiniały. Tamten jaskrawoczerwony rowerek bardzo szybko trafił na powrót do ciemnej piwnicy.
Rozdział 9: Piniata i Baryłka
Ósme urodziny Elwirki miały być zupełnie inne niż dotychczasowe, spędzane dotąd w sterylnych, białych salach. Piotr i Maria zrobili wszystko, by ich dom przybrał odświętny, radosny wygląd. Salon uginał się od kolorowych balonów, a w ogrodzie, na grubej gałęzi starej jabłoni, kołysała się ona – wielka, misternie wyklejona piniata w kształcie fioletowo – żółtego motyla, którą Piotr przygotowywał w tajemnicy w garażu przez kilka ostatnich wieczorów. Miała w sobie kilogramy ulubionych cukierków Elwirki i całą masę rodzicielskich nadziei na choćby jeden, upragniony dzień bezlitosnej normalności.
Lista gości była krótka, skrojona pod dyktando ogromnej ostrożności Marii. Elwirka mogła zaprosić tylko dwie najbliższe koleżanki z ławki szkolnej, Anię i Zuzię. Była jednak wśród nich jeszcze jedna, wyjątkowa osoba. Ola. Dziewczyna była wolontariuszką z kliniki kardiologicznej, nastolatką o ciepłych oczach i nieskończonej cierpliwości, która spędziła przy łóżku Elwirki dziesiątki godzin, gdy mała czekała na kolejne wyniki badań. To właśnie Ola potrafiła rozgonić najgorsze szpitalne strachy. Kiedy pojawiła się na podwórku Nowaków, Elwirka aż podskoczyła z dzikiej radości, choć Maria odruchowo położyła dłoń na własnej piersi, jakby tym gestem chciała podświadomie uspokoić zbyt mocne bicie serduszka córki.
– Wszystkiego najlepszego, nasza mała pani doktor! – zawołała głośno Ola, kucając przy dziewczynce.
Elwirka, zamiast czekać na rozpakowywanie prezentów, pociągnęła Olę mocno za rękę w stronę ganku. Stało tam duże, tekturowe pudełko.
– Olu, ja też mam coś dla ciebie. Chcę, żebyś to zabrała ze sobą do kliniki, dla innych dzieci. Żeby już się tak bardzo nie bały – szepnęła niezwykle poważnie ośmiolatka.
W pudełku leżał jej ulubiony komplet zabawek „Mały Lekarz” – ten sam plastikowy stetoskop i strzykawki, którymi Maria przez lata próbowała oswoić ponurą szpitalną salę. W oczach Oli natychmiast zakręciły się łzy głębokiego wzruszenia, a Maria musiała na moment odwrócić głowę w stronę ogrodu, by nie rozsypać się na kawałki przy zaproszonych gościach. Elwirka chciała oddać chorym dzieciom również swojego ukochanego Baryłkę, ale Ola, czule tuląc małą do siebie, szepnęła jej do uszka: „Baryłka musi zostać z tobą, Elwirko. On pilnuje twojego pokoju. Dla dzieciaków z kliniki wymyślimy coś zupełnie innego, obiecuję”. Miś wrócił więc na swoją stałą półkę, by po latach towarzyszyć w dorosłym życiu dziewczyny.
Pół godziny później ogród wypełnił się piskami czystej radości. Dziewczynki po kolei podchodziły do wiszącego motyla. Kiedy przyszła kolej na małą jubilatkę, Piotr zawiązał Elwirce oczy jedwabną chustką i podał jej do rąk lekki, drewniany kij.
– Śmiało, córeczko! Celuj prosto w skrzydła motyla! – krzyczał Piotr, a jego sprana flanelowa koszula mocno łopotała na jesiennym wietrze.
Elwirka zamachnęła się raz i drugi, a jej gęste, czarne loczki spięte w ciężką kitę falowały malowniczo na plecach przy każdym gwałtowniejszym ruchu. Koleżanki ze szkoły skakały dookoła, klaszcząc głośno w dłonie. Maria stała nieco z boku, kurczowo ściskając w kieszeni telefon. Liczyła w pamięci każde uderzenie kija i każdy mocniejszy oddech córki, modląc się w duchu, by ten fioletowy motyl rozpadł się, zanim Elwirka kompletnie opadnie z sił.
I nagle – trach! Piniata pękła z głośnym hukiem, a na zieloną trawę posypał się prawdziwy deszcz kolorowych cukierków, wśród których było najwięcej jej ukochanych, ciągnących się krówek. Dziewczynki z głośnym krzykiem rzuciły się do zbierania słodyczy, a Elwirka, zsuwając szybkim ruchem opaskę z oczu, śmiała się tak głośno i czysto, jak nigdy wcześniej w życiu. Przez tę jedną, krótką chwilę, otoczona szkolnymi koleżankami i swoją szpitalną opiekunką, była po prostu najszczęśliwszym dzieckiem na całym świecie. Bez medycznych wykresów. Bez lęku o niepewne jutro.
(Ilustracji tej nie będzie w książce, która zawierać będzie około 10-11 obrazów. Post na blogu i książka - to jednak dwa podobne, ale z innymi zasadami, światy)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz