
Rozdział 37: Pożegnanie na czas pobytu w sanatorium
Piotr od rana wyrwał się z domu, ponieważ miał jeszcze do załatwienia pilną, terminową sprawę w mieście. Dokładnie pół godziny później zapukał już do drzwi mieszkania Heleny. Zobowiązał się bowiem wcześniej, na prośbę córki, że przed zawiezieniem kobiet do sanatorium osobiście naprawi zepsuty zamek w drzwiach wejściowych starszej pani. Gdy skończył pracę i zbierał swoje narzędzia, rzucił na odchodnym cichym, przejętym głosem:
— Proszę jej tam dobrze pilnować, pani Heleno.
Helena spojrzała na niego z ciepłym, pełnym zrozumienia uśmiechem i odpowiedziała miękko:
— Panie Piotrze, przez dwadzieścia długich lat robił to pan każdego dnia. Ja mogę to robić jedynie przez najbliższe trzy tygodnie.
Piotr pokiwał w milczeniu głową, poruszony tą odpowiedzią, i uścisnął jej dłoń.
A teraz możemy już jechać po Elwirę. Pani pozwoli, wezmę walizkę.
W tym samym czasie Elwira stała w przedpokoju rodzinnego domu, powoli dopinając zamek ciężkiej, zimowej kurtki. Duża walizka na kółkach czekała już spakowana tuż przy drzwiach wyjściowych. Matka stała sztywno w progu kuchni z założonymi na piersiach rękami, usilnie udając, że poprawia bawełnianą ściereczkę do naczyń. Jej uciekający w bok wzrok zdradzał jednak wszystko.
– No to jadę, mamo – powiedziała cicho Elwira, podchodząc o krok bliżej.
– Jedź, jedź. Przecież cię tutaj na siłę nie trzymam – burknęła pod nosem Maria, ale jej głos nie był już tak twardy i nieprzyjemny jak podczas niedawnej rozmowy telefonicznej. Był kruchy, wręcz bezbronny.
Elwira nie dała się sprowokować tej udawanej obojętności. Zamiast tego zrobiła coś, czego z powodu narastającego dystansu nie robiła już od wielu lat. Podeszła zdecydowanym krokiem i mocno, z całych sił objęła matkę ramionami. Poczuła wyraźnie, jak zmęczone ciało kobiety najpierw mocno sztywnieje z nagłego zaskoczenia, a potem powoli, bezradnie i łapczywie wtula się w jej młode ramię.
– Mamo, posłuchaj mnie uważnie – szepnęła Elwira, odsuwając się na moment i patrząc jej prosto w oczy. – Helena to tylko moja dobra przyjaciółka. Pomagam jej teraz, bo jest starsza i bardzo chora. Ale ty pod żadnym pozorem się nie bój. Nigdy cię nie zastąpi.
W oczach Marii na ułamek sekundy błysnęły wielkie, lśniące łzy, które natychmiast, jednym gwałtownym mrugnięciem powiek spróbowała ukryć przed wzrokiem córki.
– No już, leć, tata z Heleną czekają już w aucie - odchrząknęła głośno, klepiąc Elwirę czule po plecach. – I ten szalik załóż porządnie pod szyję. Dzisiaj mocno wieje
Elwira uśmiała się ciepło, zamknęła walizkę i wyszła z domu. Ogromny kamień w jednej sekundzie spadł jej z serca. Wiedziała, że może jeszcze nie do końca przekonała mamę, że nic złego jej z boku nie grozi, ale wierzyła, że czas i cierpliwość ostatecznie uleczą te trudne emocje. Elwira wreszcie, z pełną odwagą, rozpoczynała swój zupełnie nowy, wyczekiwany rozdział.
Rozdział 38: Sanatorium – pierwsza wizyta
Zimowe Lipowo - Zdrój przywitał je bajkowym, gęstym, śnieżnym krajobrazem. Zabytkowy, tonący w bieli Park Zdrowia wyglądał w popołudniowym świetle dokładnie tak, jakby został wycięty ze starej, przedwojennej pocztówki. Przydzielony im sanatoryjny pokój okazał się niezwykle przytulny, choć urządzony w klasycznym, nieco nostalgicznym i retro stylu. Elwira, ledwo przekroczywszy próg, natychmiast, z wrodzoną sobie determinacją przeszła w tryb absolutnego „menedżera zdrowia Heleny”.
– Helenko, siadaj natychmiast na łóżku! – dyrygowała pewnie od samego progu, z impetem rozpakowując ciężkie walizki. – Ty od dzisiaj niczego nie dźwigasz, jasne? Ja poukładam wszystkie twoje swetry w szafie. Gdzie masz schowaną tę oficjalną rozpiskę leków od kardiologa? Daj mi ją szybko, przykleję ją na łazienkowym lustrze, żebyśmy na pewno o niczym nie zapomniały. Pijesz już tę wodę mineralną? Lekarz domowy wyraźnie kazał pić całą szklankę tuż przed obiadem. Leż teraz spokojnie i odpoczywaj, a ja lecę szybko do pielęgniarek na korytarz podbić nasze karty zabiegowe!
Helena siedziała potulnie na samym brzegu pościelonego łóżka, wpatrując się w ten młodzieńczy huragan energii z niesamowitą mieszaniną głębokiego rozczulenia i lekkiego zawrotu głowy.
– Elwirko, bardzo cię proszę, zwolnij trochę… – śmiała się cicho starsza kobieta. – Przecież ty też przyjechałaś tutaj przede wszystkim po to, żeby wreszcie odpocząć.
– Ja najlepiej na świecie odpoczywam w działaniu! – odkrzyknęła jej wesoło Elwira, łapiąc w locie puszysty ręcznik i plastikowy kubek przeznaczony na kurację wodną.
Chwilę później stały już przed drzwiami opisanymi jako Gabinet Lekarski numer 12. W progu niespodziewanie stanął mężczyzna w wieku około czterdziestu lat. Miał na sobie nienagannie leżący, śnieżnobiały, wyprasowany fartuch lekarski, spod którego wyraźnie rysował się kołnierzyk eleganckiej, ciemnoniebieskiej koszuli. Był wysoki, lekko szpakowaty na skroniach, o niezwykle głębokim, inteligentnym spojrzeniu i magnetycznym, niskim głosie.
– Pani Helena? – zapytał, a jego usta natychmiast rozluźniły się w szarmanckim, ciepłym uśmiechu. Spojrzał najpierw z szacunkiem na Helenę, a potem jego wzrok na znacznie dłuższą chwilę zatrzymał się na stojącej blisko obok Elwirze, która wciąż trzymała kurczowo w ręku sanatoryjny ręcznik i plastikową butelkę.
– Zapraszam panie serdecznie do środka. Zajmiemy się teraz profesjonalnie pani sercem.
Elwira w jednym ułamku sekundy całkowicie straciła swój niedawny, rewolucyjny rezon. Doktor miał w sobie coś takiego, że w surowym dotąd gabinecie medycznym zrobiło się jakby znacznie cieplej i bezpieczniej. Gdy przyjrzała mu się dokładnie z bliska… tak, to był bez wątpienia On, ten sam Niezłomny Ułan, którego twarz mignęła jej w telewizyjnym reportażu o transplantacji.
Przeglądając w skupieniu grubą dokumentację szpitalną Elwiry z renomowanych klinik warszawskich, lekarz z uznaniem pokiwał głową. Stwierdził spokojnie, że doskonale zna te wszystkie szpitale, ponieważ sam pochodzi z Warszawy i w tej konkretnej placówce kardiologicznej miewał przed laty nocne dyżury rezydenckie. Rozmowa szybko i sprawnie potoczyła się w stronę planowania odpowiednich zabiegów zdrowotnych dla obydwu pań.
Większość z zapisywanych pozycji była Elwirze dobrze znana ze słyszenia na szpitalnych korytarzach, ale termin „suchy masaż” wzbudził w jej głowie lekką konsternację. „To znaczy, że w sanatorium jest też jakiś masaż mokry?” – pomyślała rozbawiona, ale uznała, że nie będzie się niepotrzebnie ośmieszać i dopytywać o takie detale przystojnego doktora. Wszystko ostatecznie okaże się przecież w praniu. Bardzo ładnie i wręcz bajkowo brzmiała na liście „kąpiel perełkowa”, natomiast czarne okłady borowinowe brzmiały już w jej uszach znacznie mniej zachęcająco.
Na sam koniec wizyty nie obyło się bez oficjalnego zatwierdzenia całej dokumentacji. Tym razem ruch ręki nie skończył się głośnym, urzędowym uderzeniem, jak u pani Haliny w NFZ, ale nie mniej stanowczym, precyzyjnym odciśnięciem okrągłej pieczątki na papierze:
Ordynator Sanatorium Lipowo - Zdrój, dr n. med. Nikodem Śląski, specjalista kardiolog.
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz