
Rozdział 39: Chrzest bojowy i meandry mechaniki
Gabinet masażu suchego w sanatorium pachniał eukaliptusem, talkiem i tą specyficzną, medyczną wilgocią, która od dekad witała kuracjuszy polskich uzdrowisk. Elwira, po konsultacji lekarskiej, była nastawiona sceptycznie, ale i pełna nadziei. Ze względu na swoje przejścia kardiologiczne musiała unikać gwałtownych zabiegów, dlatego ten łagodny masaż na nowoczesnym łóżku wodnym wydawał się idealnym wyborem
Weszła do sali przygotowana idealnie według regulaminu. Pomieszczenie było spore. Przy drzwiach stało pierwsze łóżko, nienagannie nakryte gładkim, jednokolorowym płótnem. Na drugim leżał już jakiś kuracjusz, a cichy pomruk aparatury świadczył o tym, że zabieg trwa w najlepsze. Trzecie łóżko było wolne, pozbawione nakrycia. Po przeciwnej stronie sali, na czwartym stanowisku, masował się kolejny pan, a obok stało biurko. Siedząca tyłem do drzwi masażystka, słysząc kroki, odwróciła się na obrotowym krześle.
- Nazwisko? - zapytała rutynowo, po czym machnęła niedbale ręką w stronę rzędu trzech łóżek. - Proszę się kłaść - rzuciła i natychmiast wróciła do wypełniania swoich papierów.
Elwira stała najbliżej pierwszego łóżka. Skoro było tak ładnie zasłane, a dłoń maszynistki wskazała ogólny kierunek, logiczne wydawało się, że ma zająć właśnie to miejsce. Dlaczego niby miała omijać pierwsze i maszerować do trzeciego? Zsunęła eleganckie klapki, ustawiła je równo na kafelkach i przez kilka sekund taktycznie kombinowała, jak się ułożyć.
Nie zamierzała gramolić się na łóżko jak początkujący akrobata. Najpierw usiądzie, potem spokojnie ułoży nogi. Ustawiła się tyłem do krawędzi, oparła... i runęła w bezdenną przepaść z nogami w górze.
Zamiast oczekiwanego, elastycznego wodnego materaca, Elwira wylądowała w głębokim dole, prosto między zimne, metalowe rurki, kable i wystające mechanizmy, które sprytne płótno maskowało tuż przy podłodze. Słowo „leżała” zupełnie nie oddawało powagi sytuacji - była spektakularnie powykrzywiana, uwięziona w meandrach zepsutego sprzętu, a z jej piersi wyrwał się głośny, pełen zaskoczenia jęk.
Masażystka aż podskoczyła na krześle, upuszczając długopis.
- O Boże! To nie to łóżko! - krzyknęła przerażona, dopadając do Elwiry, jakby spodziewała się zastać ją w kilku kawałkach. - Przecież ja wskazywałam na trzecie! Pierwsze jest wyłączone z eksploatacji, czeka na naprawę, dlatego zdjęliśmy materac! Nic pani nie jest?
Dwaj masowani kuracjusze zamarli. Elwira, mimo pulsującego bólu pośladków, kątem oka zauważyła, że panowie aż czerwienieją na twarzach, desperacko gryząc policzki, by nie parsknąć ordynarnym śmiechem. Choć sytuacja była koszmarna, Elwirę również dopadło wisielcze poczucie humoru. Cudem nie złamała kręgosłupa! Z pomocą bladej z przejęcia pracownicy wygrzebała się z tych mechanicznych czeluści, otrzepując sukienkę i udając z lodowatą, dystyngowaną uprzejmością, że absolutnie nic się nie stało.
- Wszystko w porządku. Kontynuujmy - oznajmiła z godnością, choć w duchu wciąż krztusiła się ze śmiechu.
Ostrożnie, sprawdzając najpierw dłonią wysokość kolan, usadowiła swoje sponiewierane członki na właściwym, trzecim łóżku. Urządzenie ruszyło, a zza sąsiedniego parawanu dobiegł konspiracyjny szept.Rozmawiały dwie pacjentki czekające na swoją kolej
- ...mówię pani, pani Krysiu, ordynator ma dziś nalot na gabinety. Jak zobaczy ten bałagan i to zepsute łóżko, to siostra przełożona ze skóry wyskoczy. On ma przedwojenne zasady, porządek musi być
- Ach, słyszałam! - zawtórował drugi głos. - Podobno dyrektorowi z kombinatu pokazał drzwi, jak ten mu brandy w kartonie przyniósł. Chłop z granitu, żadnych łapówek, żadnych romansów. Zatwardziały kawaler, ponoć w młodości jakaś wielka miłość złamała mu serce i teraz tylko nauka mu w głowie. Ale figura? Jak u ułana! Jak idzie w tym swoim nienagannym, białym fartuchu, to aż się człowiekowi cieplej robi. Tylko strasznie surowy, nie da się podejść...
Elwira leżała z uniesioną głową, pilnując swoich płatów wzrokowych, cała obolała, słuchając rewelacji o owym mitycznym ordynatorze. „Ułan z zasadami” - pomyślała z rozbawieniem, walcząc z wałkiem, który właśnie bezlitośnie masował jej stłuczone pośladki. Nie miała pojęcia, że przeznaczenie już zacierało ręce, by sparować tego surowego pana z zasadami z nią - z Elwirą, również z zasadami, która właśnie zaliczyła najbardziej spektakularny chrzest bojowy w historii tego sanatorium.
Pech nie odpuszczał jednak do końca. Aparatura, zamiast wyłączyć się po czasie, zacięła się i wałek wibrował natarczywie w jednym, najbardziej obolałym miejscu przez dodatkowe trzy minuty, zanim zorientowała się masażystka
- To zadośćuczynienie! Jutro dam pani pięć minut gratis! - obiecywała spocona z emocji kobieta, gdy Elwira w końcu schodziła z łóżka.
„Pięć minut dłużej masowania obolałych pośladków” -podsumowała w myślach Elwira, zakładając klapki. Jeśli tak wygląda początek jej regeneracji, to aż strach pomyśleć, co wydarzy się na wieczornym dancingu.
Rozdział 40: Walc, wątroba i zapach „Pani Walewskiej”
Kawiarnia „Zdrojowa” pękała w szwach. W powietrzu unosił się gęsty aromat parzonej w szklankach kawy, markowego koniaku i całego przekroju uzdrowiskowej elegancji - od ciężkich perfum „Pani Walewska” po zapach świeżo wyprasowanych garniturów. Na małym podwyższeniu lokalny zespół smętnie, ale z wielkim zaangażowaniem rzeźbił na organach i saksofonie najnowsze szlagiery.
Elwira, wciąż nieco obolała po porannych poszukiwaniach wodnego materaca, usiadła przy stoliku pod ścianą. Rozglądała się z rozbawieniem. Helena zaczyna wątpić, czy dobrze zrobiła namawiając ją na te potańcówkę. Parkiet ruszających do boju kuracjuszy przypominał strategiczne pole bitwy. Panowie w wyprasowanych w kant spodniach, z nienagannie ulizanymi włosami, lustrowali salę wzrokiem jastrzębi.
- Czy szanowna pani pozwoli do tego klasycznego pasadoble? - Rozważania Elwiry przerwał niski, niezwykle dystyngowany głos.
Przed jej stolikiem wyrósł mężczyzna około sześćdziesiątki. Postawny, w nienagannym szarym garniturze, z jedwabną chusteczką w brustaszy. Wyglądał jak emerytowany dyrektor banku albo co najmniej konsul. Elwira, wychowana na damę, uznała, że odmowa tak szarmanckiemu dżentelmenowi byłaby nietaktem. Poza tym - pomyślała - chwila ruchu dobrze zrobi jej rozmasowanym pośladkom.
- Z przyjemnością - uśmiechnęła się i podała mu dłoń.
Gdy tylko weszli na parkiet, a pan Lucjan - bo tak się przedstawił - ujął ją w talii, Elwira poczuła, że trafiła na prawdziwego estetę ruchu. Niestety, czar prysnął wraz z pierwszym taktem muzyki.
- Pięknie pani tańczy, pani Elwiro - szepnął jej do ucha Lucjan, po czym, bez żadnego ostrzeżenia, płynnie zmienił temat: - Ja to w ogóle podziwiam pani lekkość. Moja wątroba, widzi pani, na taką dynamikę już mi nie pozwala. Od trzech lat walczę z pęcherzykiem żółciowym. Ach, co to są za katusze!
Elwira drgnęła, ale Lucjan obrócił ją sprawnie wokół własnej osi, kontynuując tyradę bez sekundy przerwy na oddech.
- Lekarz w Ciechocinku mówił: „Panie Lucjanie, tylko dieta lekkostrawna!”. Ale człowiek zjadł trochę boczku i koniec, kolka taka, że aż mnie w prawym podżebrzu łupało!
Muzyka przyspieszyła, a dystyngowany Lucjan zaczął kręcić Elwirą coraz śmielsze piruety, cały czas opisując ze szczegółami kolor swoich ostatnich analiz medycznych i konsystencję diety papkowatej. Elwira, z przyklejonym do twarzy uśmiechem topielca, desperacko szukała wzrokiem jakiegoś ratunku. Próbowała wstawić słowo o literaturze, o pogodzie, o urokach Lipowa na próżno. Każdy temat Lucjan z genialną precyzją sprowadzał do swoich przewodów pokarmowych.
Gdy utwór dobiegł końca, odetchnęła z ulgą, ale muzyk natychmiast zapowiedział: „A teraz kultowy wolny kawałek dla zakochanych!”. Lucjan próbował przytulić Elwirę mocniej do swojego szarego garnituru, przyjaciółka pozostaje sama przy stoliku. ale energicznie się odsunęła i podziękowała, tłumacząc, że za długo Hellena pozostaje sama przy stoliku.
- O, to bardzo żałuję, bo przy wolnym to bym pani opowiedział, co mi wyszło na ostatnim USG jamy brzusznej... i odprowadził ją do Heleny, po czym szarmancko obydwu paniom podziękował.
Elwira przymknęła oczy. „Boże, dzięki, że dałeś mi siłę wyrwać się z objęć Lucjana i jego wątroby." Usiadła obok Heleny. Westchnęła. Spojrzała przez salę.
Przy oknie stał wysoki mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Nie tańczył. Rozmawiał z kierowniczką kawiarni. Słuchał uważnie. Od czasu do czasu kiwał głową. Czyżby to ordynator?
Wyglądał dokładnie tak, jak opisywały go panie zza parawanu. „Ułan z zasadami.”
Elwira uśmiechnęła się pod nosem. „ Oby tylko nie zaczął od swojej wątroby”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz