Czy widzieliście kiedyś taki obrazek?
Na balkonie albo tarasie wisi zając. Głową w dół. A właściwie nogami do góry. Przywiązany za tylne łapki, dynda sobie spokojnie na świeżym powietrzu.
Choć — umówmy się — specjalnie świeży to on już od kilku godzin nie jest.
Mam koleżankę, której mąż należał do koła łowieckiego. Dziczyzny było u nich tyle, że chyba bardziej tęskniła za zwykłym schabowym niż za sarniną.
Poczęstowała nas kiedyś tatarem z sarny.
Ale dziś, kiedy mój starszy wnuk opowiadał z dumą, że jadł na festynie pieczone chrabąszcze, sarnina przestała robić na mnie jakiekolwiek wrażenie kulinarne.
Ale pamiętajmy o tym biednym szaraczku, majtającym się na wietrze i mrozie, aż skruszeje i wywietrzy się.
Ja czasami też mam takie wrażenie, że gdyby mnie tak zawieszono za nogi na tarasie… może opuchnięte kostki wreszcie by odpoczęły. Tylko Toffi należałoby na ten czas gdzieś zamknąć, bo inaczej zalizałaby mi twarz na śmierć. a ja tak nie znoszę lizania, więc odbiłaby sobie za wszystkie czasy.
Sąsiedzi myśleliby, że to ćwiczenia inwersji, odwróconej grawitacji, ale jakie buty weszłyby mi na te spuchnięte stopy?
Choć z żyrandolem byłby problem.
Tyle kilogramów żywej wagi mogłoby przekroczyć jego możliwości techniczne.
Co innego zając.
A skrucha?
No cóż… ze skruchą u mnie trudniej.
Miałam gości. Biegałam przez dwa dni z przygotowaniem. Żaden tam catering czy delivery.
Nie ma to, jak domowe jedzonko.
Koszt?
Opuchnięte nogi.
Kaca nie mam i to nie dlatego, że zachowuję umiar. Ja ani z umiarem , ani bez umiaru - po prostu nie znoszę alkoholu.
Będziemy jeszcze w tym roku wraz z mężem obchodzić 2 różne jubileusze. Jeden urodzinowy, drugi "ślubny". Czy znów będę biegać, czy może się złamię tym razem?
I wtedy przypomniał mi się Andrzej Waligórski. Człowiek najwyraźniej doskonale rozumiał dramat jubilatów.
Andrzej Waligórski
JUBILEUSZ
Gdzie się nie popatrzę, gdzie się nie ruszę,
Wszędzie się mnożą jubileusze.
Tu jubileusz wytwórni śrutu,
Tam jubileusz ciągarni drutu
Ówdzie miasteczko, zaś indziej gdzieś
Swój jubileusz obchodzi wieś.
Zróbmyż naprędce więc analizę
Jak się urządza taką siurpryzę?
Logika mówi nam, iż jubiląt
Godny czci, sławy, tudzież defilad,
Winien odpocząć, natomiast inni
jemu ten jubel zrobić powinni...
Ale w praktyce? Nieszczęsny pryk
Sam się do pracy wziąć musi w mig,
Bo gdyby dłużej siedział i zwlekał,
Skonałby nim by czegoś doczekał...
Dalej więc ganiać z przejęcia blady,
Prosić: - Zamieśćcie ze mną wywiady!
Dalejże szukać pomocy, porad,
Prosić o wsparcie i protektorat,
I udawadniać w każdym detalu
Bezsprzeczne prawo swe do medalu.
Później rozkosze ma również duże:
malije ściany, wyciera kurze,
Myje odnóża jak również szyję
Wywiesza napis: "Joj! Niech ja żyję"!!!
Pierze koszulę, prasuje mankiet,
Zamawia salę, orkiestrę, bankiet,
I o krok będąc od upadłości
Wielu dostojnych zaprasza gości,
Poczem - od trudów całkiem niebieski
Po pierwszej wódce idzie na deski...
Przeto zanoszę korne błaganie:
- Jubileuszem nie karz mnie, panie!
Kończ waść, a wstydu oszczędź i męki,
Niech mam zgon szybki lekki i miękki!
```````````````````````````````````````
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj


Od jakiegoś czasu pozwalam sobie na luksus zaproszenia gości do restauracji lub zamawiam katering, jedzenie nie jest warte opuchniętych nóg!
OdpowiedzUsuńTo byli tzw. "sami swoi" ( WYTESKNIONA RODZINKA Z DALEKA) - uczestnicy maratonu BIEG LWA . Gościliśmy ich przez 2 dni, stęsknieni ich obecności . Większe imprezy organizujemy w restauracji.
Usuń