Translate

środa, 24 czerwca 2026

SEZON CZEREŚNIOWY, CZYLI TEOLOGIA, KELNEROWANIE I KRWAWE ŻNIWO

 



   Ciekawa jestem, czy przejadły się już Wam... czereśnie. I to zarówno jako czerwcowe owoce, ale przede wszystkim jako tematyka mojego bloga, ciągnąca się za nami już niemal od tygodnia. No cóż, w dziennikarstwie bywają okresy ogórkowe, więc czemu w literaturze nie mogą być czereśniowe, prawda?
Żeby jednak przełamać tę owocową rutynę, dzisiaj „pojadę” tekstem głęboko teologicznym. Spokojnie, bez paniki – nie będzie żadnego kazania. Ale nawiązując do nieszczęsnych szpaków... Skoro w Piśmie stoi, że „nie sieją, nie żną, a z głodu nie umierają, bo dba o nich Pan”, to przecież idąc tym tropem – skoro wszystko na tym świecie do Niego należy – niby dlaczego te wspomniane ptaki nie miałyby stołować się u mnie? W końcu ta czereśniowa stołóweczka nie jest tak do końca moja!

    Idąc tym chrześcijańskim tokiem rozumowania, podjęliśmy z mężem decyzję o zawieszeniu broni. Nie będziemy strzelać do nich z wiatrówki, nie będziemy straszyć błyszczącymi płytami CD. 

   Wystarczy, jak pokrążę wokół drzewa sama, niczym profesjonalna kelnerka wokół restauracyjnego stołu, dyskretnie bacząc, aby skrzydlaci goście po prostu się nie przejedli.

Mam tylko jedną obawę: oby mnie tylko sąsiedzi zza płotu nie wypatrzyli! Jeszcze zechcą mnie zatrudnić u siebie w roli darmowej obsługi posiłków,



 albo – co gorsza – na etatowego stracha na wróble. Z tego wszystkiego celowo nie założyłam dzisiaj słomkowego kapelusza, chociaż udowadniam tą fotką, że takowy posiadam. Wcześniej pod czereśnią w kapeluszu paradowałam, aby szpaki mi na włosach swojej toalety nie zorganizowały, a umówmy się, mój jedwab po mamusi zasługuje na lepsze traktowanie.


W poprzednich latach "cała rodzinką" stróżowaliśmy pod czereśnią, ale szpakom to nie przeszkadzało.



    Jak powszechnie wiadomo, kelnerzy też czasem skubną coś z potraw przygotowywanych dla gości. 



Korzystając więc z pełnionej funkcji, zrywałam w międzyczasie co najdojrzalsze, krwistoczerwone okazy i napawałam się ich słodkim smakiem tak długo, dopóki pasek w talii nie zaczął krzyczeć: „Dość!”. Na dowód tego, że czereśnie kuszą każdego, bez względu na wiek, dołączam też zdjęcie mojego małego pomocnika, który na drabinie radzi sobie jak profesjonalista.

To nie temu szpaczkowi groziłaby wiatrówka
To młodszy wnusio (szpaczek)

   W tym moim podczereśniowym kelnerowaniu i podniebnej akrobatyce nie byłam jednak zupełnie sama. 

   Pod wieczór, niesamowicie zadowolona z siebie, że dzień upłynął bezkrwawo, a żaden ptasi stołownik nie został ukatrupiony, usiadłam z ulgą do laptopa. 

   Nagle... coś lekko puknęło w blat stołu, tuż pod mój nos. Nie wiedząc, czy to niewinny paproch z drzewa spadł mi z głowy, czy też jakaś żywa gadzina, postanowiłam działać bezlitośnie.

  Niestety, to nie był suchy listek. To było to drugie... Idąc za słynną pieśnią Grześkowiaka, odruchowo zgniotłam intruza palcem. 

(...)Wczoraj w klubie śmy wytłukli
Szwagier szyby, ja zaś wazon
Szwagra nerwi, ja nie lubię
Że tak muchy po nich łażą

Chłop żywemu!

Łazi toto takie marne
Aż że dziwno drodzy moi
Ani tego włożyć w garnek
Ani nie da się wydoić

Chłop żywemu nie przepuści!
Chłop żywemu nie przepuści!
Jak się żywe napatoczy,
Nie pożyje se a juści! (...)

(Kazimierz Grześkowiak - "Chłop żywemu nie przepuści"


    Nie wiem dokładnie jakiej była gadzinka „rasy”, bo po moim zdecydowanym ruchu drastycznie zmieniłam strukturę anatomiczną tej nieszczęśliwie kończącej swój żywot istotki.

    I wiecie co? O nie, płakać nie będę, ani marsza żałobnego na blogu nie zamierzam puszczać! Gdyby ta mała gadzinka okazała się kleszczem, który zamiast spaść na mój hobbystyczny warsztat pracy, postanowiłby zakosztować babcinej skóry, to kto wie... Kto wie, jakby to się skończyło... Przypomniałam sobie mojego znajomego, który przed laty zmarł z powodu kleszczowego zapalenia mózgu. Jeden mały błąd i mój sezon czereśniowy w blogosferze mógłby się zakończyć bezpowrotnie.

    Mówi się: nie chwal dnia przed zachodem słońca. I racja – choć szpaki ocalały, czerwcowe, krwawe żniwo w moim ogrodzie jednak zostało zebrane!

P.S.
Gdy dumna ze swojego nowego mema podziwiałam szpaczą mafię w garniturach, nagle zza prawego ramienia dobiegł mnie cichy, syczący głosik. Jakiś mały, podwórkowy diabełek złośliwie szturchnął mnie w bok i podpowiedział na ucho:
Teresko... A nie zapomniałaś tych czereśni wcześniej nasączyć likierem... arszenikowym? Zobacz, jak pięknie z dzióbkami czekają! Jeden łyk i po kłopocie na lata!
Aż mi kawa stanęła w gardle! Odwróciłam się z oburzeniem i jak nie krzyknę w tę moją ogrodową przestrzeń:
A kysz... piekielny chochliku!!! Sio stąd! Ja tu dzisiaj od rana pełną gębą ewangelię realizuję, ptactwo niebieskie karmię, serce na dłoni podaję, a ty mi tu wyskakujesz z taką kryminalną propozycją?! No masz ci los, nade mną paw z Lidla, na drzewie płyty CD, a w głowie własny diabeł Boruta!
Chochlik uciekł w chwasty na niekoszoną działkę obok, a ja zostałam na straży moich owoców. Likieru nie będzie, arszeniku tym bardziej – zostaje czysta, ewangieliczna miłość bliźniego (i szpaka). Ale przyznam się... kusiło mnie przez trzy sekundy .

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz