Ale dzisiaj skwar, jak... no i tu co poniektórzy rzuciliby odpowiednim określeniem, niekoniecznie cenzurowanym. Słońce pali tak, że nawet myśli w głowie zaczynają skwierczeć jak te nadmorskie golonki, o których ostatnio pisałam.
Przedwczoraj – a piszę ten post 25 czerwca – szkolna młodzież i dzieciarnia doszły do całkiem słusznego wniosku, że nie ma głupich. Po co siedzieć w dusznej klasie w przeddzień zakończenia roku szkolnego, skoro można wylec nad jezioro? Nauczyciele pewnie też odetchnęli z ulgą, bo zapanowanie nad taką rozbrykaną gromadą w ten upał graniczy z cudem.
Moi młodzi bohaterowie domu – dwaj wnukowie – również zameldowali się nad wodą pod czujnym (teoretycznie) okiem taty. Mama dobiła do nich później. Wyobrażam sobie, jak oczy mojego zięcia biegały wokół głowy o pełne 360 stopni, żeby w tym gęstym tłumie ludzkiej ciżby namierzyć dwóch chłopaków w zupełnie różnym wieku. To nie logistyka, to misja niemożliwa!
Sprawozdawca na żywo, czyli babcia chce wiedzieć wszystko
Gdy ekipa ratunkowa wróciła do bazy, ja – jako ciekawska babcia – postanowiłam przeprowadzić krótki wywiad środowiskowy.
– „No i jak tam chłopcy, jak spędziliście czas nad jeziorem?” – zapytałam z uśmiechem.
O, ja naiwna... Sprawozdania mi się zachciało! Do mikrofonu natychmiast dopchał się młodszy wnuk, z wrodzonym talentem do reportażu śledczego:
– „Babciu! A tam nad wodą to starsi bez przerwy mówili: Kurwa i pierdolę!”
Aż mnie zatkało. Zanim zdążyłam przełknąć tę porcję „podwórkowej łaciny”, młodszy sprawozdawca odpalił kolejną petardę:
– „A Julek to przycisnął mi i przytrzymał głowę pod wodą! Myślałem, że się uduszę!”
W tym samym momencie ze swojego kąta odezwał się starszy wnuk, meldując z błyskiem w oku:
– „Babciu, a dziewczyny to teraz noszą już takie skąpe kostiumy, że one prawie niczego nie zasłaniają!”
Logistyczne wnioski i powtórka z rozrywki
Siedziałam przez chwilę w ciszy, próbując przetrawić ten natłok strategicznych informacji. Nie wiedziałam, co gorsze! Choć to dźwięczne podwórkowe „rrrrr” mocno warczało mi w uszach, to jednak wiadomość o podtapianiu mojego elokwentnego małego wnusia zdecydowanie przebiła się na pierwszy plan.
Co najciekawsze – ani tata, ani mama o tym dramatycznym przyduszeniu w wodzie nie mieli zielonego pojęcia! Chłopak w ogóle się im wcześniej nie pochwalił. Nic nie widzieli, nic nie słyszeli. Teraz rodzice mocno zastanawiają się, czy nad to konkretne jezioro będą jeszcze w ogóle jeździć. Są wprawdzie trochę dalej inne akweny, może mniej popularne wśród młodzieży, ale myślę, że gdy wakacje ruszą na dobre, ten problem i tak rozwiąże się sam. Tłum będzie wszędzie.
A wracając do bogatego słownictwa mojego młodszego wnuka... Muszę przyznać, że maluch po prostu uwielbia te swoje sprawozdania. Dlaczego? Bo to dla niego idealna tarcza obronna: „Przecież ja tylko cytuję, babciu!”. Kiedy ktoś dorosły próbuje interweniować i tłumaczy mu, że raport z plaży nie musi być aż tak bardzo szczegółowy, on i tak zdąży to soczyste słowo z uśmiechem rzucić. Słowo padnie, wyleci jak ptaszek z klatki i za żadne skarby już nie wróci – a ten mały spryciarz doskonale o tym wie!
Szczerze mówiąc, nie jestem aż tak bardzo zaskoczona zachowaniem przedszkolaka. Dokładnie ten sam etap buntu i fascynacji zakazanymi słowami przechodziliśmy parę lat temu ze starszym wnukiem. Czy to z czasem minie? Chciałabym wierzyć, że tak, choć patrząc na dzisiejsze realia, to już powszechny standard językowy – niestety nawet wśród młodych dziewcząt.
W takim razie, na tę właśnie okoliczność i dla przypomnienia, jak historia lubi kołem się toczyć, zapraszam Was na mój archiwalny post sprzed lat...
<><><><><><><><><><>
Wciórności, czyli o granicach mojej wyporności językowej
(Wpis stanowi bezpośrednią kontynuację opowieści o plażowych sprawozdaniach moich wnuków)
Obecne temperatury w Polsce są iście piekielne, więc co poniektórzy zaradni obywatele pewnie i w samym piekle czuliby się już całkiem nieźle zahartowani. Może dlatego tak chętnie pozwalają sobie na mniejsze i większe słowne grzeszki?
Wracając jednak do tematu „brzydkich słów” i granic słownictwa przyzwoitego – nadszedł moment, bym głośno zadała pytanie: na co właściwie daję przyzwolenie swoim uszom, a od jakich wyrażeń bezpowrotnie mi one więdną?
Nie moją winą jest, że wychowałam się w rodzinie, w której przekleństw ani tak zwanych „ostrych przecinków” po prostu nie stosowano. Szkoła średnia – profilowana na przykładne, przyszłe nauczycielki – również skutecznie mnie przed nimi uchroniła. Dalej były studia, życie zawodowe, świadomy wybór znajomych, przyjaciół, a w końcu i męża (który, jak już wiecie, woli działania logistyczne od werbalnych potyczek). To wszystko pozwoliło mi przez dekady trwać w świecie niemalże literackiego słownictwa. Żyłam trochę jak odseparowana szklanym kloszem.
Mam jednak słuch niezwykle wyostrzony. Z muzycznym wykształceniem nie mogłoby być inaczej! Ta moja wrażliwość na dźwięki sprawia, że od lat byłam i jestem bezlitośnie narażona na wyłapywanie z otoczenia wszelkich niestosownych wyrażeń. Przyznam się Państwu, że z tego powodu cierpiałam bardzo i z tego estetycznego cierpienia do tej pory się nie wyzwoliłam. Chyba nie muszę teraz dodatkowo tłumaczyć, dlaczego jako wykształcony muzyk nie zdołałam... pokochać rapu? I to mimo faktu, że w mojej bliskiej rodzinie jedna z osób jest związana z bardzo sympatycznym raperem z absolutnie najwyższej półki! Geny i wyczucie rytmu szanuję, ale tekstowo wciąż wolę partytury.
Syndrom wybudzeniowy, czyli lęki w narkozie
Mój strach przed wulgaryzmami ma też drugie, nieco bardziej komediowe oblicze. Ładne parę lat temu byłam świadkiem sceny na wspólnej sali szpitalnej na oddziale położniczym. Wybudzano właśnie jedną ze „świeżo upieczonych” mam. Tyle najcięższych przekleństw, ile usłyszeli wtedy pod swoim adresem Bogu ducha winni lekarz i położna od tej półświadomej, młodej kobiety, to ja nie słyszałam przez całe swoje życie!
Od tamtej pory żyję w głębokim lęku. Mam pełną świadomość, że ta moja podświadomość, która przez lata sumiennie kumuluje te wszystkie straszne określenia (których w praktyce nigdy nie używam), mogłaby nagle... wybuchnąć!
Wyobrażacie sobie Państwo?
Narkoza, operacja, szanowna pani muzyk, a w tym czasie już ekonomistka po SGH - budzi się z uśpienia i zaczyna rzucać mięsem na całą salę operacyjną! Na szczęście ta czarna wizja do tej pory nie doczekała się realizacji, jako że wszelkie moje zabiegi odbywały się dotąd, dzięki Bogu, w znieczuleniu miejscowym. Kręgosłup i kark też wolę ratować spokojną gimnastyką niż anestezjologicznym ryzykiem odsłonięcia mojego wewnętrznego szewca.
Na okoliczność wyboru dzisiejszego tematu , odgrzebałam w sieci utwory satyryka Andrzeja Waligórskiego .
Pierwszy wierszyk będzie zawierał "brzydkie słowa", a drugi bardziej niewinny w tym temacie, skłania do refleksji, gdzie stawiać granice, szczególnie wychowując wnuka;) Czy przyjęłoby się Kubie wyrażenie: "motyla noga!!!" czy raczej "wciórności !!!". Chyba w przedszkolu już zdążyli mu koledzy poszerzyć zasób słów;)
Klasyka satyry kontra przedszkolna rzeczywistość
Na okoliczność dzisiejszych rozważań i plażowych cytatów mojego młodszego wnuka , odgrzebałam w sieci nieśmiertelne utwory satyryka Andrzeja Waligórskiego. Zobaczcie Państwo sami, jak genialnie pasują do naszego dylematu.
Pierwszy z nich, znany i lubiany wiersz „Jagienka i orzechy”, pokazuje, że czasami nawet najbardziej tradycyjna, polska panna w obliczu niespodziewanych, zagranicznych trudności (w postaci twardego kokosa) potrafi pod nosem wymamrotać siarczyste, staropolskie: „O k...!”. Morał z tego płynie jasny: „Mniej d..., a więcej głową!!!”.
Zapraszam:)
Jagienka i orzechy
Żyła raz jedna panienka
Która zwała się Jagienka;
Wiele z niej było pociechy,
Bo tłukła pupą orzechy.
Opisał ją, że jest taka,
Sam pan Sienkiewicz w Krzyżakach
Wpierw żyła w cnocie jak mniszka,
A potem wyszła za Zbyszka.
I wiodło im się chędogo,
Chociaż, niestety, ubogo,
Bo się pokończyły wojny,
Zaczął się okres spokojny,
A rycerz - rzecz znana wszędzie -
Żyje z tego, co zdobędzie.
Ruszył więc Zbyszko konceptem
I wpadł na taką receptę:
Przywiesił na bramie druczek,
Że tu się orzechy tłucze
I od każdego orzecha
Zgarniał taryfę do miecha.
Laskowy orzech maleńki
To nie problem dla Jagienki;
Mogła za jednym przysiadem
Stłuc całe pół kilo zadem,
A gdy dorwała fistaszka
Zostawała z niego kaszka.
Niewiele też większej troski
Przysparzał jej orzech włoski.
Aż raz przybył jakiś młokos,
Przywożąc z Afryki kokos,
I zwrócił się do Jagusi,
Że mu tę rzecz roztłuc musi.
Spłoniła się żwawa młódka,
Wzięła dech, napięła udka,
Pomodliła się przelotnie
I w ten kokos jak nie grzmotnie!
Niestety twarda skorupa
Nawet przy tym nie zachrupa...
Wrzasła Jaguś wniebogłosy,
Podskoczyła pod niebiosy
I jak drugi raz przywali!
...a ten bydlak jak ze stali!
Natomiast biedna dziewczyna
Zrobiła się całkiem sina,
Oddech jej się jakby urwał,
Wymamrotała: - O k...
Potem się zaniosła wyciem
I się pożegnała z życiem!
Wniosek: Na ogół umiemy
Rozgryzać własne problemy,
Lecz zagraniczne nowości
Przysparzają nam trudności!
Morał: Tylko wzrost oświaty
Może zmniejszyć nasze straty.
I hasło bezwarunkowo:
Mniej d..., a więcej głową!!!
Drugi utwór – „Dylemat” o małym Zyziu – skłania do głębokiej refleksji nad tym, gdzie właściwie leży granica grzechu językowego. Biedny Zyzio za swoje przekleństwa trafił przed oblicze diabłów w Hadesie. Gdy jednak na przesłuchaniu wyznał z żalem, że jego najgorszymi wulgaryzmami były słowa: „wciórności!”, „motyla noga!” oraz „niech cię krew zaleje!”, czarty wybuchnęły śmiechem, kopnęły go w pupę i odesłały prosto do raju!
DYLEMAT
Mały Zyzio brzydko klął
Więc go raz diabełek wziął
Ten diabełek był przebrzydły
I Zyzia nadział na widły
I posadził go w Hadesie
Na rozpalonym sedesie!
Diabły się zebrały wokół
I chciały robić protokół
A jeden spytał wśród krzyku
Gadaj jakżeś klął chłopczyku?
A Zyzio odrzekł w żałości:
Kląłem psze diabła "wciórności"
Czasem także kląłem tak:
"A żeby cię trafił szlag"
oraz "Niech cię krew zaleje"
A diabeł jak się zaśmieje!
Aż przewrócił się na dechy
Taż to nie są żadne grzechy!
Krzyknął głośno - miejsce zróbcie!
I chłopczyka kopnął w pupcię

Zyzio tylko wrzasnął "jaju"!
I poleciał wprost do raju
Gdzie posadkę dostał niezłą
I prześliczne białe giezło
taki system jest do bani
Bośmy zdezorientowani
Więc pytamy wszystkich chytrze:
Czyż są klątwy jeszcze brzydsze?
I tu pojawia się mój osobisty, babciny dylemat. Czy w dzisiejszych czasach przyjęłoby się u mojego wnuka staromodne „motyla noga!” albo siarczyste „wciórności!”? Obawiam się, że w przedszkolu koledzy zdążyli mu już tak skutecznie poszerzyć zasób słów, że diabeł w Hadesie miałby z nim znacznie więcej papierkowej roboty niż z Zyziem...
Wiem, że człowiek będzie zdrowszy, jeśli będzie mógł rozładować swoje emocje, a do nich należy też złość. I wybiera do tego różne formy, nie tylko słowa, czy całe wyrażenia te przeze mnie nieakceptowane.
Jednak w ten sposób, jak niżej, żadnych emocji się nie rozładuje.
Tu już pan jest bardziej "wymowny" w swoich reakcjach, choć już nawet werbalnie wyrażać nie musi.
Ale ta wkurzona kobieta z nożyczkami w ręce... bliźniemu krzywdę dokonać zamierza.
I co z tego, że nie używa "brzydkich słów".... Za to też czekać ją może kara;)
Chyba, że okaże skruchę...
Chyba mnie nie zlinczujecie za moje poglądy. Proszę, potraktujcie ten wpis z przymrużeniem oka.
<><><><><><><><><><><<><<><><<><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj









Ten wpis jest mega życiowy i aż za bardzo przypomina moje własne „rodzinne reportaże z terenu” dzieci potrafią bez filtra powiedzieć wszystko, a człowiek potem siedzi i nie wie czy się śmiać czy łapać za głowę. Tylko zastanawiam się, czy my naprawdę mamy jeszcze wpływ na to, jakim językiem one będą mówić, czy to już całkiem przegrywa z tym, co słyszą wszędzie dookoła?
OdpowiedzUsuńZ drugiej strony trochę się nie zgadzam z tą nostalgią za „kiedyś było czyściej językowo” — mam wrażenie, że kiedyś też było ostro, tylko może mniej publicznie. Ale ten kontrast z „motyla noga” i współczesnym podwórkiem jest naprawdę zabawny
Odpowiedź, nietypowo, poniżej z lewej! Przepraszam - źle mi się wkleiło :)
UsuńDziękuję za celny komentarz! Cieszy mnie, że ten plażowo-językowy dylemat wywołał u Pana uśmiech. Dotyka Pan sedna – z tą czystością językową „kiedyś” to rzeczywiście bywało różnie, co zresztą Andrzej Waligórski wypunktował w „Jagience”, każąc jej siarczyście zakląć nad zagranicznym kokosem. Różnica polega chyba na tym, że dawniej te „ostre przecinki” rezerwowano na sytuacje ekstremalne (jak wspomniany kokos lub narkoza!), a dziś stały się one zwykłą, podwórkową interpunkcją.
OdpowiedzUsuńCzy przegrywamy walkę z otoczeniem?
Może nie przegrywamy, a jedynie prowadzimy partyzantkę. Dopóki wnuki potrafią jeszcze rozróżnić, co wypada powiedzieć przy babci, dopóty jest nadzieja! Pozdrawiam !