Mówią, że aby dobrze poznać człowieka, trzeba z nimi zjeść beczkę soli. Ja się tego teraz nie podejmę – sól w nadmiarze mi szkodzi, co zresztą niedawno potwierdził lekarz. Zresztą, po co mi sól?
Całkiem niedawno LINK , na forum publicznym mojego bloga, uroczyście ogłosiłam, że mam męża szlachetnego. Kto by pomyślał, że zaledwie trzy dni później przyjdzie mi diametralnie zmienić front o 180 stopni?
A wszystko przez... motoryzację i dziecięcą wyobraźnię.
Mój szlachetny małżonek, z braku chwilowych zajęć, postanowił dokonać rutynowego przeglądu naszego auta. Ponieważ od dłuższego czasu walczy z kręgosłupem, a teraz jeszcze z barkiem, w swoich ruchach jest nader oszczędny. Wyznaje bardzo ekonomiczną zasadę:
„Skoro już stoję zgięty w pół, a muszę przesunąć się o dwa metry, to czy warto się prostować, by za chwilę znów się schylać? Szybciej się schylam niż później boleśnie "odkształcam".
Nie, nie warto”.
Z tego błędnego, fizykalnego założenia wyprowadziła go złośliwość rzeczy martwych. Konkretnie: drzwi od samochodu.
Mąż jest mężczyzną słusznego wzrostu, więc w pozycji pionowej nigdy w głowę drzwiami nie celuje. Zapomniał jednak, biedaczek, że proporcje między zgiętą postawą „domorosłego mechanika” a profilem auta zmieniają się diametralnie. No i stało się. Za te wszystkie lata, gdy sam czasem „trzasnął drzwiami”, wszechświat postanowił wyrównać rachunki. Drzwi z impetem puknęły go w czoło. I to tak skutecznie, że polała się krew, a na czole wyrosła okazała, podłużna śliwka ozdobiona czarną krechą rozcięcia. Od szycia uratowało go tylko to, że nikomu się nie pochwalił.
Przez resztę dnia mój osobisty „urazowiec” i pechowiec strategicznie ustawiał się do mnie bokiem. Niestety dla niego, kamuflażu nie doceniła nasza córka. Wszystko się wydało! Obecnie mąż wygląda tak, jakby przed chwilą wrócił z mało dystyngowanego i mocno nierozstrzygniętego sporu pod budką z piwem.
I tu na scenę wkracza mój wnuczek, przedszkolak. Zapytany przez mamę, co właściwie stało się dziadkowi, odpowiedział z pełną powagą:
– Dziadek dostał patelnią w głowę.
No, nie!
Do tego, że z przedszkola przynosi się różne ciekawe słówka, już przywykłam. Ale ta metafora uderza bezpośrednio w moją godność! Że niby co? To ja – ta czuła żona, autorka wierszy o sacrum – miałabym mojego szlachetnego małżonka zdzielić kuchennym narzędziem o ciężkim dnie?! Do dziś nie doszliśmy, skąd w jego małej głowicy narodziła się ta wizja, ale jak wiadomo – winni się tłumaczą.
Jedynym sprawiedliwym obrońcą mojej niewinności mogłaby być Toffi. Jako naoczny świadek domowych wydarzeń, na pewno chętnie zaszczekałaby w mojej obronie, potwierdzając, że w krytycznym momencie smacznie spała na kanapie, a żadna patelnia nie ucierpiała. Niestety, psów nikt w sądzie nie słucha.
Prawdziwy hit nastąpił jednak wczoraj. Mąż jest w trakcie rehabilitacji owego nieszczęsnego barku. Przed „atakiem samochodu” był już na dwóch zabiegach. Na trzecią sesję wkroczył z dumnie podniesionym, acz pociętym czołem.
Pielęgniarka z przychodni zamarła na jego widok i pyta z przerażeniem:
– A cóż to się panu stało?!
Na co mój ślubny, z najsłodszym uśmiechem na twarzy, wypala:
– Żona mnie zdzieliła patelnią.
Pani pielęgniarka stanęła jak wryta. Do teraz zapewne nie wie, czy ma dzwonić po opiekę społeczną i niebieską linię, litować się nad uciemiężonym pacjentem, czy po prostu zacząć się śmiać.
A ja? Ja teraz chodzę po domu z podniesioną głową, ale na wszelki wypadek schowałam wszystkie patelnie głęboko do szafy. Niech no tylko te moje kostki odzyskają dawną lekkość, to sama sprawdzę, jak to jest z tą wagą kuchennych argumentów! 😉
Są takie kobiety, które stosują filozofię małżeńska Hemara, czyli ukryty w niej sekret szczęścia.
"Filozofia małżeńska"Marian HemarŻadnego cudu nie ma,Żadnego trudu nie ma.Dam tylko znak oczyma, a on już wszystko wie.Żadnych zaklinań nie mai wypominań nie ma.Nic przecież go nie trzyma, chce, to dobrze,a nie chce,to nie, ale chce.Żadnych humorów nie ma i żadnych sporów nie mai na nic się nie zżyma, tylko z ręki je.I sam mi wszystko poda,i zawsze w domu zgoda,bo na to jest metoda:moja mama przed ślubemnauczyła jej mnieŻe -pierwszego dnia po ślubie - od razu go w łeb,że pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.całuje mnie za to,że dostał w łeb ten pierwszy raz,we właściwy czas.Do ślubu on mądrzejszy,do ślubu on ważniejszy,do ślubu wszystko umie,wszystko lepiej wie.Do ślubu taki duży,niech tylko brwi zachmurzy,już się nie oprę dłużej- chce to dobrze, a nie chce,to nie - jak sam chceDo ślubu ja malutka,do ślubu ja cichutkado ślubu łagodniutka, za nim choćby w grób.Do ślubu wszystko znoszę,co znoszę - to rozkosze.Do ślubu grzecznie proszę,oczki spuszczam, podnoszę.A potem ten ślubI pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.I pierwszego dnia po ślubie, od razu go w łeb.Nie drugiego dnia po ślubie - to za późno,Ty go trzep.Pierwszego dnia po ślubie,póki świeży ten chleb.I kocha mnie, szanuje mnie,całuje mnie za to, żedostał w łeb ten pierwszy razwe właściwy czas."<><><><><><><>⚓ Moja blogowa flotylla:💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutajWIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję -najnowszy blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki . link tutaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz