Translate

piątek, 10 lipca 2026

PLANY KONTRA MIELNO, CZYLI JAK BAŁTYK ZWERYFIKOWAL NASZE GOLONKI

PLANY

Promenada w Mielnie w dni pogodne


   Moja poranna wizualizacja plażowa ( pod koniec czerwca) zaczęła się od... próby zamachu na golenie mojego męża. Postanowiłam zoptymalizować logistykę zakraplania moich oczu i zasiadłam na naszym elektrycznie rozsuwanym fotelu. Gdy mój ślubny z buteleczką kropli w dłoni pochylił się nade mną, uznałam, że dla idealnego kąta aplikacji odchylę się jeszcze o trzy stopnie do tyłu. Niestety, zapomniałam, że automatyczny metalowy stelaż podnóżka rusza wtedy z impetem do przodu. „Stop! Stop! Tereska, nogi mi połamiesz!” – wrzasnął nagle mój osobisty medyk, twardo dociskany stalą do ziemi. Kropla wpadła gdzieś obok, mąż przeżył, choć teraz z męskiej dumy ukrywa przede mną swoje poturbowane golenie i nie chce dać sobie przykleić nawet plasterka... Jak dziecko!

  Gdy sytuacja w salonie została opanowana, a mąż uciekł ratować resztki swoich nóg, ja wróciłam do pozycji leżącej – tym razem bezpiecznie, na płasko, układając nogi pod kątem 45 stopni...

   Od rana, kiedy tylko mam przerwę na „leżakowanie z nogami ułożonymi pod tym swoim moim kątem ( 45 st), moja głowa nie odpoczywa. Broń Boże! Pracuje w trybie intensywnego planowania. Spokojnie, ułożenie nóg o trzy stopnie niżej nie zniweczyłoby moich rozważań, ale ta geometryczna wymierność jest mi potrzebna dla prawidłowego krążenia krwi i limfy w łydkach. Gdy ciało dba o biologię, umysł tworzy wielką logistykę na zbliżający się wyjazd nad morze z naszą Toffi.
I tu pojawia się dylemat godny największych strategów. Co wybrać?

  Promenada, czyli widok z wysokości estrady

  Nadmorska promenada, usytuowana wysoko na palach tuż nad plażą, wydaje się kusząca. Widoki piękne, piasek nie sypie się w buty. Ale z tej wysokości nasza Toffi nie tylko zobaczy, ale przede wszystkim bezbłędnie wywącha to, co dzieje się na dole. A na dole, drodzy państwo, rozciąga się bezkresna plaża zastawiona... pieczystym.

  Widzę to oczami wyobraźni. Skwierczące na słonecznym ogniu, wysmarowane tradycyjną oliwką, rumiane... żeberka i golonki. Niektóre całkiem zgrabne schabiki Toffi najchętniej natychmiast obsypałaby piaszczystą panierką.

   Dzielę się moją wizją z mężem.

  – Kochanie, ty to widzisz? – zapytałam męża, nie zmieniając kąta uniesienia nóg. – Przecież jeśli ona poczuje te zapachy, to wyrwie mi smycz razem z ręką. Czy ja utrzymam tak żarłoczne stworzenie?

  – Skarbie, z Twoją postawą gdybyś była na dole, to ona cię wciągnie pod parawan razem z leżakiem – mruknął mąż znad gazety. – A będąc na promenadzie...będziesz lecieć z niej, jak na bungee.

  – I co gorsza, w moją stronę polecą mięsne steki… tyle że obelg! I to po łacinie! – zaniepokoiłam się. – Czułabym się potwornie niekomfortowo. Chociaż… będąc kilka metrów ponad ich rumianymi ciałami, mogłabym udawać, że to w ogóle nie mój pies. Jak myślisz, to byłoby uczciwe?

  – Uczciwe może nie, ale przede wszystkim niewykonalne. Toffi ma obrożę z Twoim numerem telefonu, a poza tym cała plaża słyszałaby, jak krzyczysz: Toffi, a kysz od tej golonki! – podsumował mąż trzeźwo.

   Skoro plan samotnego spaceru legł w gruzach, do akcji musi wkroczyć Mąż. Jako silna jednostka logistyczna, to on dzierżyłby smycz mocną i pewną dłonią. Ale dylemat wcale się nie rozwiązał!

– Na tej promenadzie będziesz musiał trzymać ją na centymetry – instruowałam go, kreśląc palcem w powietrzu trajektorię ruchu. – Inaczej splącze się między nogami spacerowiczów, a tych na spacerniaku jest przecież bez liku. Jeden fałszywy krok i wywróci jakąś panią z lodem włoskim.

  – Albo co gorsza, jakiś inny czworonóg będzie chciał wejść z nią w ostrą dyskusję polityczną – zauważył mąż. – I zamiast szumu fal będziemy mieć nadmorską awanturę o terytorium.

  Alternatywa z tyłu hotelu

 Gdy plaża parzy, a promenada tłoczna, pozostaje jeszcze jezioro po przeciwnej stronie hotelu. Tam panuje zdecydowanie większa swoboda. Zielono, cicho, bez zapachu smażonej flądry i naoliwionych karków.

  Jest tylko jeden minus. Jod już raczej tam nie dociera, a umówmy się – jechać nad bałtycki brzeg, żeby wdychać zapach mazurskich szuwarów, to trochę logistyczny paradoks.
I tak leżę z tymi nogami pod kątem 45 stopni, a Toffi chrapie obok, zupełnie nieświadoma, że w moich przedwyjazdowych wizualizacjach właśnie ważą się losy jej nadmorskich spotkań z polskimi schabikami.

WERYFIKACJA    PLANÓW

  Tak... tyle było przewidywań, tyle logistycznych planów na centymetry i wizji żarłocznej Toffi polującej na piaszczyste schabiki z promenady. Tak było pod koniec czerwca. Rzeczywistość postanowiła jednak napisać własny, wybitnie komediowy scenariusz i to jeszcze zanim w ogóle ruszyliśmy z domu!

  Wszystko zaczęło się od tego, że w mojej głowie zakorzeniła się data 4 lipca – dzień naszego pierwotnego, anulowanego wyjazdu do Kołobrzegu. Tymczasem rezerwacja w Mielnie była od pierwszego. Ocknęłam się 1 lipca w godzinach przedwieczornych, gdy z radosnego letargu wyrwał mnie telefon z hotelowej recepcji. Sympatyczna pani, na kilka minut przed końcem pracy, bardzo chciała się dowiedzieć, o której godzinie dotrzemy, by przekazać zmianę koleżance.

   Nie będę opisywać naszych małżeńskich przekomarzań i gorączkowego poszukiwania winnego (oczywiście wina moja, bez bicia się przyznaję!). Pakowanie w dzikiej panice i nocna podróż na złamanie karku nie wchodziły w grę. Ostatecznie wyruszyliśmy dzień później.

   Gdy jednak dotarliśmy na miejsce, okazało się, że z moich wielkich planów obrony plażowiczów przed Toffi i tak nic by nie wyszło. Pogoda postanowiła nas bowiem nie rozpieszczać. Zamiast tłumów wysmarowanych oliwką „schabików” i „żeberek”, zastaliśmy bezludną, surową scenerię. Trzeba jednak przyznać, że jakieś golonki Toffi na ulicach Mielna wciąż może pooglądać – należą one do panów, którzy optymistycznie nie przewidzieli załamania aury i dzielnie maszerują w krótkich spodenkach, siniejąc na wietrze.

  Samo Mielno zmieniło się w poligon dla twardzieli. Wiatr, deszcz, momentami grad i tumany piasku wciskające się w oczy (i nie tylko!) stworzyły barierę dla mnie nie do przejścia.



   Ogłosiłam więc bezpieczny pobyt w hotelowym pokoju. Nadrabiam zaległości na Waszych zaprzyjaźnionych blogach, zajadam pyszności w hotelowej restauracji i szczerze cieszę się, że nie muszę stać na tym huraganie.

Promenada w Mielnie 2 lipca 2027


   Za to mój mąż? 

   Mąż objawił się jako rodowity, niezniszczalny morski twardziel! Wychodzi w ten żywioł po kilka razy dziennie w mojej za małej na niego kurtce z kapturem, bo nie spakował się tak, jak powinien. Wraca kompletnie przemoczony, pieczołowicie suszy ubrania oraz buty na rozgrzanym do czerwoności kaloryferze, bo zapasowych długich spodni też w panice nie zabrał, po czym... znowu idzie w tango! I tak cztery razy z rzędu. Wszystko po to, by – jak sam twierdzi – nawdychać się zdrowego jodu. Choć moim zdaniem w pakiecie wdycha głównie kilogramy bałtyckiego piachu.

   Jakie z tego wszystkiego płyną wnioski na dziś?

  Widok dla twardzieli jest piękny nawet w taki huragan. Ma to swój niesamowity, surowy urok.



   Pamiętajcie – niektóre plany mogą spalić na panewce. I czasem to wcale nie jest takie złe, bo hotelowe lenistwo przy szumie sztormu smakuje wybornie!




  A Toffi?

   Toffi z boku obserwuje to wielkie suszenie spodni i butów i chyba dziękuje losowi, że te wszystkie plażowe golonki zostały dziś bezpiecznie w domach.

<><><><><><><><><><><<><<><><<><>

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z leniwą veną. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 "Widzę, czuję, wiem i poszukuję" - blog zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki " link tutaj


2 komentarze:

  1. No tak, plany planami, a życie/pogoda swoje.
    Terminów jakoś nie zdarzyło mi się pomylić, za to kiedyś wyrzuciłam przemoczone buty...
    Mężowie bywają uparci, co do pakowania sie, ja czasami sama wkładam do mężowskiej walizki długie spodnie i bluzę, on oczywiście protestuje, ale strzeżonego bogowie strzegą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też tak robiłam zawsze, przepakowywałam męża pod jego niewiedzą, ale tym razem była ekstremalna jazda.

      Usuń