Zagadka sfinksa (czyli polska betonowa ruletka)
Siedzę sobie w letnim ogródku. Biała koszula, rękaw 3/4, ciemne okulary (nie dla szpanu, jaskra to kiepski wspólnik do zdjęć). Przede mną tiramisu – bo umówmy się, życie jest za krótkie, żeby kończyć tylko na eklerkach. Mój towarzysz po drugiej stronie obiektywu (ten, którego nie widać, a który pewnie marzy o swoim serniku) uchwycił mnie w momencie głębokiego zamyślenia nad łyżeczką.
I teraz konkurs z nagrodami!
Konia z rzędem, pół królestwa i dożywotni zapas kawy temu, kto zgadnie, w jakim mieście zostało zrobione to zdjęcie.
Patrzę na to ujęcie i sama mam problem. Za moimi plecami dumnie pręży się bluszcz na metalowym stojaku – jedyny przedstawiciel natury, który dostał pozwolenie na pobyt w tym miejscu. W tle frontony kamienic, stoliki sąsiedniej kawiarni i… ona. Gwiazda wieczoru. Kostka brukowa.
Ciągnie się aż po horyzont, równiutka, szara, solidna. Wygląda identycznie w Jarocinie, Jarosławiu, czy innym Jędrzejowie. To jest ta nasza słynna „rewitalizacja na jedno kopyto”. Gdyby nie to tiramisu, mogłabym przysiąc, że jestem w dowolnym punkcie na mapie Polski między Odrą a Bugiem. Wszystkie rynki przeszły ten sam lifting: najpierw eksmisja drzew, potem wjazd betoniarki, a na koniec montaż donicy z kwiatkiem, żeby nie było, że nie jest ekologicznie, a drzewa? Owszem... tu bądźmy sprawiedliwi. Stosowane jest kilka gatunków do wyboru przez notabli miasteczka ( kuliste, kolumnowe i w pojemnikach) aby nie przysłaniały architektury, np. klon pospolity, głóg, jarząb, grab, platan klonolistny, robinia akacjowa - lipa drobnolistna.
Lipa... to słowo jakoś żle mi się kojarzy i nie tylko w odniesieniu do flory.
Ale co to za drzewa rosły w tym konkretnym opisywanym miejscu ... zabijcie mnie, ale nie wiem.
Więc siedzę w tej swojej białej koszuli i kolorowych spodniach, próbując sobie przypomnieć: to była Wielkopolska? Podkarpacie? A może serce Mazowsza? Wszystko wygląda tak samo „reprezentacyjnie”. Jeśli kiedyś się zgubię, nie patrzcie na mapę – sprawdźcie tylko, czy kostka na rynku jest odpowiednio szara. Jeśli tak, to znaczy, że jestem w domu. W Polsce.
A tymczasem... jem dalej. Bo tiramisu, w przeciwieństwie do polskiej architektury miejskiej, w każdym miejscu smakuje jednak odrobinę inaczej.
I wiecie co? Poddaję się. W tym labiryncie identycznych krawężników i „rewitalizacyjnego rozmachu” jedynym stałym punktem mojego wszechświata pozostaje tiramisu. Ono przynajmniej nie udaje, że jest z betonu. Kiedy zamykam oczy za moimi ciemnymi okularami, przestaje być ważne, czy to bruk dolnośląski, małopolski czy wielkopolski. Ważne, że łyżeczka trafia do celu, a kawa jest gorąca. Bo w świecie, w którym miasta tracą swoje „linie papilarne” na rzecz szarej kostki, nam pozostaje pielęgnować własny, kolorowy mikrokosmos – choćby miał on wymiary kawiarnianego stolika i zapach świeżego biszkoptu.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:
💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.
🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.
⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz