Na zdjęciu, które widzicie, stoję na pomoście w Kórniku. Spokojna tafla wody, błękit nieba, lekki wiatr. Mogłoby się wydawać, że to chwila pełnego relaksu. Jednak pod tą maską spokoju, głęboko we mnie, toczy się walkę, której postronny obserwator nie dostrzeże. To walka z lękiem, który ma smak wiślanej wody i zapach strachu z dzieciństwa.
Moja fobia nie wzięła się znikąd. Jako mała dziewczynka spędzałam całe dnie nad Wisłą. Wtedy nikt nie pilnował dzieci tak restrykcyjnie jak dzisiaj – bawiliśmy się sami, ufni we własne siły. Gdzieś tam, między jednym a drugim skokiem do wody, musiało wydarzyć się coś, co mój dziecięcy umysł zapisał jako wyrok. Chwila zachłyśnięcia, gwałtowne podtopienie, utrata gruntu pod nogami... Ten nieprzepracowany szok został we mnie na dekady.
Dziś każde molo, każdy pomost wychodzący w głąb jeziora czy morza, to dla mnie wyzwanie. Gdy woda otacza mnie z trzech stron, czuję, jak narasta we mnie wewnętrzna panika. Staram się ją dusić w zarodku, uśmiechać, nie zdradzać niepokoju, by nie straszyć innych. Ale w środku krzyczę.
Najgorzej było na Helu. Wietrzny dzień, betonowe nabrzeże ( falochron). Wyszłam tam na chwilę, będąc zupełnie sama. Nagle morze postanowiło pokazać swoją potęgę – fala podniosła się gwałtownie i wdarła na falochron. W tej jednej sekundzie stałam się bezbronną cząstką wobec żywiołu, mimo że beton zdawał się mnie bronić. Wydawało mi się, że zaraz zostanę zmyta w bezmiar, mimo że do brzegu było zaledwie kilka metrów. Ta samotność wobec potęgi wody była paraliżująca.
Ta chwila na Helu była lekcją pokory, ale też uświadomiła mi coś ważnego. Choć lęk pewnie nigdy całkowicie nie zniknie, to ja decyduję, jak blisko brzegu będę stać.
Fakt, że mimo tych wspomnień wciąż potrafię wyjść na molo, stanąć przy barierce i spojrzeć w dal, jest moim małym, codziennym zwycięstwem.
Fakt, że mimo tych wspomnień wciąż potrafię wyjść na molo, stanąć przy barierce i spojrzeć w dal, jest moim małym, codziennym zwycięstwem.
Moja fobia nie jest już murem, który odgradza mnie od piękna świata, ale raczej wymagającym towarzyszem podróży. Uczy mnie uważności i doceniania tej stałej, bezpiecznej ziemi pod stopami. Każdy krok w głąb pomostu to dla mnie dowód na to, że nasza wewnętrzna siła jest w stanie okiełznać nawet najbardziej wzburzone fale wspomnień.
Wybieram patrzenie na horyzont. Bo choć woda bywa groźna, to bezmiar, który ukazuje, jest zbyt piękny, by z niego rezygnować z powodu lęku.
A Wy?
Jakie lęki udało Wam się oswoić na tyle, by przestały dyktować Wam warunki życia?


Mam takie samo zdjęcie w Kórniku.
OdpowiedzUsuńMoja fobia to silny wiatr, przewrócił mnie kiedyś i zostało...
To też mam. nawet , oglądając film z "wietrzną" sceną - zatrzymuję bezwiednie oddech. Nie oglądam poza tym obrazów, ani filmów z płazami i gadami, a co tam mówić na żywo :(
Usuń