Było to w pełni wiosennego dnia w ubiegłym roku. Kwitły juz tulipany w parku.
I właśnie wtedy to na prawdę upadłam nisko (dosłownie!)
Mówią, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Ja dodałabym do tego: a maltańczyk to najlepszy detektor „psiej mamy” w promieniu kilometra.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Park, tulipany, ja w moim ulubionym, wełnianym pulowerze polo (zamek nonszalancko rozsunięty, bo przecież wiosna!) i beżowe spodnie, które jeszcze pięć minut wcześniej były szczytem elegancji. Szyk, styl i ciemne okulary – czułam się niemal jak gwiazda na wakacjach.
I wtedy się pojawił. Mała, biała, puszysta kulka energii.
To nie była moja Toffi. To był „Agent Obcy” – nieco mniejsza i młodsza wersja mojego domowego szczęścia. Piesek wybiegł zza kadru (ciągnąc za sobą smycz i zdezorientowanego właściciela) i popędził prosto na mnie. Czy poczuł zapach psich chrupek w mojej torebce? Czy może po prostu uznał, że beż moich spodni idealnie komponuje się z jego bielą? Nie wiem. Wiedziałam tylko jedno: muszę go pogłaskać!
Instynkt wygrał z logiką. Z gracją (tak mi się przynajmniej wydawało) padłam na kolana prosto w soczystą, wiosenną trawę.
Świat wokół przestał istnieć – liczyły się tylko te czarne oczka i merdający ogon. Sukces! Piesek był wniebowzięty, ja również.
Moment otrzeźwienia przyszedł chwilę później.
Na drugim zdjęciu widać już fazę „post-entuzjastyczną”. Stoję lekko zgięta, z miną kogoś, kto właśnie odkrył nową formę życia na Marsie, i wpatruję się w moje kolana. A tam?
Dwie wielkie, fluorescencyjne, zielone plamy. Moje beżowe spodnie właśnie przeszły drastyczny proces „renaturyzacji”.
Biały sprawca zamieszania patrzy mi prosto w oczy z miną: „Ups, ale za to jak fajnie było, nie?”. Właściciel, trzymając smycz, produkuje seryjne „przepraszam”, a ja zastanawiam się nad jednym: jaki proszek to teraz chwyci?!
Szybko zaczęłam główkować, czy da się te spodnie uratować. Może jakiś specjalistyczny detergent dla zawodowych piłkarzy.
A może jednak modlitwa do patronki od plam beznadziejnych.
Po prostu pozostało tylko domalowanie reszty spodni na zielono i udawanie, że to styl „urban jungle”.
Już jestem na tyle długo właścicielką pieska, że powinnam sobie zdawać sprawę z tego, że idąc do parku w beżowych spodniach należy bezwzględnie uciekać, kiedy tylko zobaczy się maltańczyka. Albo po prostu mieć w torebce odplamiacz, bo miłość do piesków bywa… brudząca!
.........
![]() |



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz