Wyobraź sobie tę scenę: ja, moja słodka Toffi (która gabarytami przypomina raczej puszystą eklerkę niż bestię z Baskerville’u) i nagle ONA. Sąsiadka z „prośbą nie do odrzucenia”. W moje ręce trafia smycz, na której końcu pręży się obiekt wielkości małego kuca szetlandzkiego.
W ułamku sekundy zrozumiałam, że moja grawitacja jest mocno przereklamowana. Toffi nagle uznała, że musi pilnie zbadać strukturę molekularną kępki trawy po lewej, podczas gdy „Mały Kucyk” postanowił pogonić za gołębiem, który bezczelnie mrugnął do niego trzy metry dalej po prawej. Stałam się ludzkim łącznikiem w międzygatunkowym przeciąganiu liny, czując, jak moje stawy biodrowe powoli przechodzą w tryb „rozpaczliwe demo jogi”.
Los jednak oszczędził mi tej traumy, serwując dzieciństwo w małym mieście, gdzie psy dzieliły się na dwie kategorie: „Podwórkowe Monarchy” i „Wolni Strzelcy”, których głównym celem życiowym było uprawianie parkouru przed hyclem.
Dziś, patrząc na profesjonalnych dog-walkerów, widzę w nich nie tyle opiekunów, co mistrzów fizyki kwantowej. Oni wiedzą coś, czego my nie wiemy – jak utrzymać pion, gdy pięć różnych wektorów siły ciągnie ich w stronę nagłego kota. Widziałam ten obrazek w sieci: pan w centrum smyczkowego tornada, oczy jak spodki, a w oddali jeden, mały, siedzący spokojnie kocur. To nie jest spacer. To jest walka o przetrwanie w świecie, gdzie każdy pies ma inne plany polityczne, towarzyskie i zapachowe.
Gdyby wtedy w moim miasteczku istniał taki zawód, pewnie do dziś byliby tam widywani ludzie-satelity, krążący wokół osiedli, bo jeden pies chciał iść na północ, drugi na południe, a trzeci po prostu postanowił usiąść i zostać filozofem.
Kiedy moje stawy biodrowe powoli zaczęły nadawać sygnał SOS, z oddali wyłoniła się sprawczyni całego zamieszania. Sąsiadka kroczyła w moją stronę z miną osoby, która właśnie zjadła pyszne ciastko, podczas gdy ja wyglądałam, jakbym właśnie przegrała walkę z ośmiornicą.
– „Ojej, widzę, że państwo się zaprzyjaźnili!” – zawołała radośnie, ignorując fakt, że jej „Mały Kucyk” właśnie usiłował wykopać tunel do Chin pod moimi stopami. – „On tak ma, że jak poczuje pokrewną duszę, to dostaje skrzydeł!”
Skrzydeł?
Ja czułam raczej, że on dostaje napędu odrzutowego, a ja jestem tylko niefortunnie doczepionym balastem. Toffi w tym czasie przyjęła strategię „obrażonej primadonny”. Usiadła tyłem do nas wszystkich, z ogonem sztywnym jak antena satelitarna, i z pogardą godną arystokratki obserwowała przelatującą muchę. Jej wzrok mówił wyraźnie: „Mamo, nie znam tej pani, nie znam tego potwora i udaję, że to nie ty jesteś tą osobą, która właśnie próbuje nie wylądować twarzą w żywopłocie”.
– „Wie pani” – wykrztusiłam, desperacko skracając smycz, która owinęła mi się wokół nadgarstka tak mocno, że zaczęłam tracić czucie w palcach – „zawsze marzyłam o wyprowadzaniu wielu psów naraz. Ale po tych pięciu minutach dochodzę do wniosku, że amerykańskie filmy kłamią. Tam dzieciaki nie mają kręgosłupa z plasteliny!”
Sąsiadka zaśmiała się perliście, odbierając ode mnie smycz. W ułamku sekundy bestia uspokoiła się i potulnie usiadła przy jej nodze. Czysta magia. Albo spisek.
– „To tylko kwestia dominacji, kochana!” – rzuciła na odchodne.
Gdy tylko odeszły, Toffi nagle „odżyła”. Zaczęła dumnie kroczyć przede mną, co chwilę oglądając się, czy na pewno widzę, jak dzielnie „przepędziła” intruza. W drodze powrotnej, przechodząc obok kota sąsiadów, który siedział na płocie z miną prezesa korporacji, Toffi nawet nie mruknęła. Tylko ja, czując każde pasmo mięśni, o których istnieniu zapomniałam od czasów lekcji WF-u, pomyślałam o tym panu z obrazka w sieci.
Już wiem, co czuł. To nie był brak bezradności. To był stan oświecenia, w którym człowiek rozumie, że w starciu z pięcioma psami i jednym kotem, jedyne co możesz zrobić, to z godnością poddać się prawom fizyki i liczyć na to, że lądowanie będzie miękkie. Moja kariera profesjonalnego dog-walkera zakończyła się, zanim na dobre się zaczęła – i całe szczęście dla mojego kręgosłupa!
................




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz