To była ta specyficzna, dolnośląska jesień – złota, lekko wilgotna i pachnąca żywicą. Świeradów-Zdrój przywitał nas spokojem, który tak bardzo pasuje do "dojrzałych" dusz, szukających wytchnienia od codzienności.
Następnego dnia październikowe słońce przedzierało się przez korony drzew, gdy ruszyliśmy w stronę ustalonej rano trasy - punkt widokowy. Toffi, biała kuleczka z zadartym noskiem, dziarsko maszerowała przed nami, a jej ogonek pracował jak mały metronom. Jednak, jak to z maltańczykami bywa, jej entuzjazm miał swoje ściśle określone granice geograficzne.
W połowie drogi na dokładnie tam, gdzie ścieżka zaczynała piąć się nieco ostrzej, nastąpił „moment Toffi”. Sunia stanęła jak wryta. Ani prośby, ani obietnice smakołyków nie pomagały. Spojrzała na nas tymi swoimi czarnymi oczkami, jakby chciała powiedzieć: „Drodzy Państwo, ja jestem psem salonowym, nie kozicą wysokogórską”.
Mąż zaśmiał się pod nosem, poprawiając swój plecak. Spojrzałam na niego z lekką zazdrością, myśląc o tym, jak cudownie byłoby mieć kogoś, kto wsadzi Cię do wiklinowego kosza i wniesie na sam szczyt Stogu Izerskiego. Niestety, metryka i wzajemny szacunek do kręgosłupów wykluczały jazdę „na barana”. Pozostał kompromis – to Toffi, ze swoją dumną miną, wylądowała w plecaku męża, z którego wystawał tylko jej biały pyszczek, chłonący górskie powietrze.
Kiedy w końcu dotarliśmy na polanę, świat się otworzył. Panorama Gór Izerskich, skąpana w rudościach i brązach, warta była każdego kroku. To właśnie ten moment, dla którego porzuca się bezpieczny rynek – to uczucie, gdy dusza nasyca się przestrzenią, a płuca krystalicznym chłodem.
W drodze powrotnej tradycyjnie zatrzymaliśmy się przy fontannie z żabkami.
Ja usiadłam na ławce, prostując nogi i czując błogie zmęczenie, a Toffi, odzyskawszy energię, zaczęła swój rytuał. Przymknęła oczy, gdy drobna wodna mgiełka osiadała na jej pyszczku. Wyglądała wtedy jak mała, biała medytująca rzeźba.
Był moment, że musiałam ją spacyfikować, bo rwała się do lizania po twarzy kuracjuszy miejscowych uzdrowisk, a nie wiem, czy takie zabiegi były im zlecone.
W tamtej chwili, między jednym a drugim łykiem leczniczej wody, wiedziałam jedno: nieważne, ile razy trzeba stanąć w miejscu, i nieważne, kto kogo musi nieść – te widoki ze szczytów smakują najlepiej wtedy, gdy dzieli się je z tymi, których się kocha.
........................






Byłam niedawno w Świeradowie, pięknie tam i sporo ciekawych szlaków.
OdpowiedzUsuńTrafiłaś wymarzona pogodę:-)
Pięknie Ci w tych rudościach i brązach!