Upływało już kilka dni, od czasu kiedy wypadało ponowić zaproszenie znajomych do siebie na kawę. Dwukrotnie termin został odwoływany z powodu dziwnych przeciwności: a to angina mnie dopadła , innym razem nieplanowany, acz nagły wyjazd męża w celach zawodowych.
Bez większego namysłu mąż wziął w ubiegłą sobotę sprawy w swoje ręce i bez porozumienia ze mną wykonał telefon, zapraszając gości na piątek, czyli dzisiaj, na godz. 16.
I zaczęło się!
Jak to piątek?
Dlaczego nie ustaliłeś terminu ze mną? Przecież dentystę mam tego dnia! Nie zdążę wrócić.
Po rozliczeniu godzin i minut, przy dobrym sprężeniu, może....
Ale nadszedł czas, kiedy ksiądz w niedzielę w ogłoszeniach przypomniał o corocznej ekstremalnej drodze krzyżowej właśnie na ten piątek. Mateczko Kochana, a toć to pragnienie męża, aby w tym roku też w niej wziąć udział! Czeka na niego 40 km nocnej trasy!
Jak pogodzi to z wizytą, która może przeciągnąć się do późnego wieczora?
Nie, trzeci raz wizyty nie odmówi...
To samo jakoś się rozwiąże...
I tu ... wczoraj... telefon.
Przeprasza znajomy, że niestety, nie przyjdą w piątek. Pękła mu szczęka (sztuczna szczęka ) i nie chce się w takim stanie pokazywać pani domu (maczo bez zębów? :-) Naprawa trochę potrwa. Umówi się na spotkanie trochę później.
Chyba mąż nie modlił się o taki przebieg sprawy, bo jest życzliwym człowiekiem. On po prostu uważał, że sprawy tak się potoczą, że jednak na tę drogę i tak wyruszy.
Chcąc pokonać ten kłopot, zaangażował własną, kierowaną naukowo wyobraźnię, mając pewność, że nastąpi wszystko, cokolwiek jego wyobraźni wyda się prawdą.
Przyznam, że każdy z nas na swój sposób z osobna rozmyślaliśmy, że dobrze byłoby, aby nasi przyszli goście sami przesunęli termin na każdy inny, byleby nie był to piątek, bez względu na przyczynę? Ale sami z tą inicjatywą do nich nie chcieliśmy zadzwonić. Sprawa miała się sama rozwikłać.
W Ewangelii wg św. Mateusza czytamy: "Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie."(Mt 18,19).
Co to znaczy? Czy nie chodzi tu o harmonijne połączenie albo zgodę świadomości i podświadomości co do jakiejś idei, pragnienie lub wyobrażenie?
Joseph Murphy w swojej książce "Potęga podświadomości" pisze:
"...O tym, jak pokonywać sprzeczności między pragnieniem a wyobraźnią, mówi przykład jednej z moich znajomych. Marzyła ona o przyjaznym zażegnaniu pewnego sporu prawnego - jej wyobraźnia lubowała się jednak w wizjach niepowodzenia, strat, upadłości i nędzy. Chodziło tu o zawikłany problem prawniczy, którego rozwiązanie zdawało się odsuwać w nieskończoność.
Na moją propozycję zaczęła co wieczór przed snem wprawiać się w trans i przywoływać radość i ulgę, jaka odczułaby po szczęśliwym zakończeniu procesu. Wiedziała, że to wyobrażenie musi zgadzać się z pragnieniami. Przed zaśnięciem wyobrażała sobie siebie w ożywionej rozmowie z adwokatem. I zawsze kazała mu wypowiadać słowa: "Sprawa znalazła ze wszech miar zadowalające rozwiązanie i zdołano uregulować ją polubownie poza sądem". Gdy tylko w dzień dopadał ją dawny strach, natychmiast w umyśle wyświetlała sobie ten film. Wkrótce bez trudu umiała sobie wyobrazić głos, gestykulację i uśmiech adwokata. Scene te powtarzała tak często, aż całkowicie utrwaliła sie ona w jej umyśle i wyobraźni. I rzeczywiście - po paru tygodniach adwokat zadzwonił, że stało się zgodnie z jej życzeniem.
Pora tu wspomnieć słowa psalmisty:
"Niech znajdą uznanie słowa ust moich i myśli mego serca przed Tobą, Jahwe, moja skało i mój Zbawicielu" (Ps19,15)
Niech twoje myśli i uczucia "znajdą uznanie", a siła i mądrość podświadomości uwolni cię od choroby, zniewolenia i cierpień"
....
"Twoim najsilniejszym atutem jest wyobraźnia. Wyobrażaj sobie tylko rzeczy dobre i piękne. Ty i Twój los jesteście tym, czym twoje myśli i wyobrażenia.
W stanie podobnym do snu sprzeczność między świadomością a podświadomością jest najzupełniej wyłączona. Tuż przed zaśnięciem wyobrażaj sobie zawsze z radością spełnienie pragnień. Zasypiaj spokojny i budź się radosny."
Skoro już post jest na ukończeniu, zostało mi jedno: wyobrazić sobie, że mój mąż przebywa swoją drogę w spokoju, idzie właściwą trasą, jest pełen energii, ma odpowiednią pogodę, wygodne buty.
Dlaczego nie używam w swojej wyobraźni i werbalizacji słów:
"nie błądzi, nie jest znużony, nie obciera nóg?"
Podświadomość nie zna słowa "nie".
Dostaje zadanie: błądzić, znużenie, obtarcie nóg... i Przyjmuje do realizacji.
W ubiegłym roku pobłądził, nie znając dobrze trasy i nadrabiał kilka kilometrów, odczuwał przeogromne znużenie i odgniótł paznokcie u nóg.
W tym roku wszystko będzie inaczej. Widzę go i wspieram modlitwą. A nie jestem w tym odosobniona. Mamy dzieci, które tatę wspierają. Oprócz laterenki, która oświeca mu drogę, mam nadzieję, że prowadzą go aniołowie , przynajmniej 2, jego i mój, który dostał takie ode mnie zadanie. A na nim jeszcze sie nie zawiodłam.
Skoro już post jest na ukończeniu, zostało mi jedno: wyobrazić sobie, że mój mąż przebywa swoją drogę w spokoju, idzie właściwą trasą, jest pełen energii, ma odpowiednią pogodę, wygodne buty.
Dlaczego nie używam w swojej wyobraźni i werbalizacji słów:
"nie błądzi, nie jest znużony, nie obciera nóg?"
Podświadomość nie zna słowa "nie".
Dostaje zadanie: błądzić, znużenie, obtarcie nóg... i Przyjmuje do realizacji.
W ubiegłym roku pobłądził, nie znając dobrze trasy i nadrabiał kilka kilometrów, odczuwał przeogromne znużenie i odgniótł paznokcie u nóg.
W tym roku wszystko będzie inaczej. Widzę go i wspieram modlitwą. A nie jestem w tym odosobniona. Mamy dzieci, które tatę wspierają. Oprócz laterenki, która oświeca mu drogę, mam nadzieję, że prowadzą go aniołowie , przynajmniej 2, jego i mój, który dostał takie ode mnie zadanie. A na nim jeszcze sie nie zawiodłam.

Wszystko dobre co dobrze kończy się. Pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńWzajemnie! Właśnie mąż wrócił szczęśliwy. Wyruszył wczoraj o 20 ej a na miejscu był o 3.40. Szedł w "peletonie" wśród młodzieży. Potraktowali to chyba jak doświadczenie duchowe w wymiarze 4o km półmaratonu nocnego w chodzie na przełaj :-)
UsuńJednak do komunii św. wszyscy zbliżali się chodem kaczki z rozstawionymi nogami, bez względu czy pierwsi czy ostatni, młodzi czy trochę starsi, kobiety czy mężczyźni. Łączyło ich szczęście, że dotarli wszyscy i :obmodlili po drodze" nie tylko siebie i swoje rodziny, ale czas pozwolił, że też wszystkich znajomych i nieznajomych ale potrzebujących tej modlitwy i poświęcenia osób.
Wasza wizualizacja powiodła się, chociaż na pewno nie chcieliście, aby znajomemu pękła szczęka. Podziwiam, Tereniu Twojego męża, przejść czterdzieści kilometrów, to mega wyczyn.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
Okazało się, że ta szczęka pękła mu wcześniej, przed naszym zaproszeniem, ale myślał, że szybciej trwać będzie naprawa:-)
UsuńPozdrawiam wiosennie, Nino :-)
Tresko jesteś mistrzynią w pisaniu :) wiem że to duży problem ze szczęka Twoje znajomego ale mnie mimo wszystko rozbawila Twoja opowieść. Zgodzę się również że wszystko co dobre co dobrze się kończy...
OdpowiedzUsuńDziękuję. Mistrzostwa to raczej żadnego nie osiągnę, ale przyznam, że lubię pisać:-) Dziękuję, że jest to moje pisanie "strawne"
UsuńJeśli chodzi o znajomego, to myślę, że przeżyje to bezboleśnie, chyba, że własne "ego" trochę boli :-) A w końcu każdy jakąś drogę krzyżową ma i waga krzyża jest dana wg możliwości udźwignięcia. Pokorę też trzeba kiedyś "odrobić". Pozdrawiam serdecznie !