Translate

piątek, 15 maja 2026

IVES - SAKSOFONISTA, KTÓRY GRAŁ SERCEM

 



Gdy trzej przyjaciele siedzieli zasłuchani w głos Pierre’a z gramofonu, nagle obok ich stolika zatrzymała się pewna postać.
Ives! – krzyknęli prawie jednocześnie.Brodaty saksofonista w czarnym kapeluszu z czerwonym makiem, ciemnych okularach i z białą laską uśmiechnął się szeroko.
– A jednak mnie rozpoznaliście… nawet w tym stanie.Usiadł przy stoliku, a jego wierny pies-przewodnik położył się spokojnie obok. Przyjaciele patrzyli na niego ze wzruszeniem i radością.
Ives zawsze był „kolorowym ptakiem” zespołu – brodatym wirtuozem, który rzadko zaglądał do nut. Kochał jazz i swobodną improwizację. Nawet gdy kapela grała popularne szlagiery, on potrafił wpleść w nie własne, magiczne frazy.Nikt nie wiedział, że od lat walczy z jaskrą. Choroba powoli odbierała mu wzrok. Nie chciał być ciężarem, więc milczał aż do momentu, gdy musiał zacząć używać białej laski.
– Dlaczego nic nie mówiłeś, ty uparty capie? – zapytał Gerard.
– Bo nie chciałem litości – odparł Ives cicho. – A poza tym… kiedy straciłem wzrok, zacząłem słyszeć muzykę inaczej. Głębiej. Czystej.
Po chwili ciszy Ives sięgnął po saksofon, który zawsze nosił przy sobie.
– No to co, chłopaki… zagram wam coś?
Nie czekając na odpowiedź, przyłożył instrument do ust i popłynęła melodia.
„Petite Fleur” Sidneya Becheta.
Grał z zamkniętymi oczami, ale każdy z nich czuł, że Ives gra całym sobą – sercem, duszą i tym, co mu jeszcze zostało. W ogródku na chwilę zapanowała absolutna cisza. Nawet ptaki jakby ucichły.
Gdy ostatnie nuty wybrzmiały, Gerard otarł dyskretnie oko.
– Wiesz co, Ives? – powiedział cicho. – Może i straciłeś wzrok… ale za to zyskałeś coś o wiele ważniejszego. Grasz tak, jakbyś widział więcej niż my wszyscy razem.Ives uśmiechnął się, głaszcząc psa.
– Bo gram sercem, chłopaki. A ono na szczęście wciąż widzi doskonale.
Sidney Bechet "Petite Fleur"
Tutaj  

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 




czwartek, 14 maja 2026

GŁOS JEGO PANA

  
Francis Barraud – „His Master’s Voice”
(Głos Jego Pana) 
(1898–1899)


Ten obraz Francisa Barrauda od ponad stu dwudziestu lat porusza serca ludzi na całym świecie. Mały biały terier Nipper siedzi z przechyloną głową i wpatruje się w gramofon z taką ufnością, miłością i tęsknotą, że trudno przejść obok niego obojętnie.

   Patrząc na niego, nie mogłam nie pomyśleć o naszych paryskich muzykach.

    Był ciepły, letni wieczór. W ogródku kawiarni Mathieu światła były już pogaszone, tylko jeden stary lampion rzucał delikatne, bursztynowe światło na stolik, przy którym siedzieli trzej starzy przyjaciele: Gerard, Mathieu i Marc.

  Na środku stołu stał stary gramofon, który Gerard z trudem przytaszczył z piwnicy „na specjalną okazję”.

– No to co, chłopaki… puścimy? – zapytał Gerard cicho.

  Mathieu skinął głową. Marc milczał, zaciskając dłonie na kieliszku z winem.

  Igła opadła na czarną płytę i po chwili rozległ się głos, którego nie słyszeli od prawie dwudziestu lat.

   Głos Pierre’a.

 Ten sam ciepły, lekko chropowaty baryton, który kiedyś wypełniał zadymione bary Montmartre’u. Śpiewał „Sous le ciel de Paris”.

  Gerard odwrócił głowę. Mathieu siedział nieruchomo. 

Marc pochylił się mocno do przodu.

Kiedy piosenka się skończyła, przez dłuższą chwilę panowała cisza.

 – Niech to szlag… – wyszeptał Gerard, ocierając oczy. – Jakby właśnie wszedł i powiedział: „No co wy, stare dziady? Takie miny? Zamówcie lepiej drugą butelkę!”

  Mathieu uśmiechnął się smutno.

  – Pamiętacie, jak nas zawsze strofował? „Wy gracie, ja śpiewam. Ja jestem gwiazdą, a wy moją obstawą”…

   – A teraz on rzeczywiście został największą gwiazdą z nas wszystkich – dodał cicho Marc. – My gramy już tylko dla garstki gości, a jego głos nadal krąży po świecie.

  Gerard pokręcił głową.

   – On zawsze mówił, że jak umrze, to będzie śpiewał dalej. Myśleliśmy, że żartuje…

   – A on nie żartował – szepnął Mathieu. – Zostawił nam najcenniejszą rzecz. Siebie.

  Marc spojrzał na przyjaciół.

  – Siedzimy tu jak ten pies z obrazu… Trzy stare wierne kundelki, które wciąż nasłuchują głosu swojego pana.

  Gerard podniósł kieliszek.

  – Za Pierre’a. Za naszego solistę. Za głos, który przetrwał.– Za głos jego panów… – dodał Marc.

  Gramofon zagrał kolejną piosenkę, a trzej starzy muzycy siedzieli w milczeniu, słuchając przyjaciela, który odszedł, ale nigdy tak naprawdę ich nie opuścił.


Yves Montand - Sous Le Ciel De Paris (with lyrics)



~~~~~~~~~~~~

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

środa, 13 maja 2026

WIERNY KONTRABASISTA

art by Stephen Sortridge

Gerard i Mathieu, siedząc wieczorem przy winie, wracali wspomnieniami do dawnych czasów.

– A pamiętasz Marca? – zapytał nagle Gerard. – Tego wielkiego, cichego niedźwiedzia z kontrabasem?

   Mathieu uśmiechnął się smutno.– Jak mógłbym zapomnieć… Najwierniejszy członek naszego zespołu.

   Marc nigdy nie lubił narzekać. Mieszkał kątem u siostry w starej kamienicy i żeby jej nie obciążać, wychodził codziennie na ruchliwą ulicę. Stawiał ogromny kontrabas, kładł przed sobą stary kapelusz z czerwonym makiem i grał. Ten sam kapelusz, który nosili wszyscy w zespole za czasów Gerarda.

  Pewnego ciepłego popołudnia Marc jak zwykle grał. Obok niego, jak zawsze przez ostatnie osiem lat, leżał jego wierny pies – kundelek o mądrych, łagodnych oczach. Leżał tuż przy kapeluszu, pilnując każdej monety.

   Marc odstawił na chwilę kontrabas, żeby dolać psu wody do miski.

Wtedy usłyszał huk.

  Rozpędzony chłopak na elektrycznej hulajnodze wpadł prosto na nich. Trzask pękającego drewna, brzęk rozsypujących się monet, przeraźliwy skowyt…Kiedy kurz opadł, Marc zobaczył zniszczony kontrabas bez wierzchniej płyty i zerwanych strun. A obok… swojego psa leżącego w kałuży krwi.

 Staruszek nie powiedział ani słowa. Zdjął swoją starą marynarkę, delikatnie ułożył na niej psa i razem z przypadkowym przechodniem wsadził go do wielkiego pudła rezonansowego po kontrabasie. Wyglądali jak dwuosobowy kondukt pogrzebowy, niosąc psa przez ulicę do kamienicy.

  Tego wieczoru Mathieu odebrał telefon.

– Gerard… to Marc. Miał wypadek. Jego pies… jest bardzo źle.

  Następnego dnia obaj stali w drzwiach mieszkania Marca.

– Marc? – cicho zapytał Mathieu.

 Stary kontrabasista siedział przy stole, głowę schował w dłoniach. Pies leżał na kocu w kącie, oddychając płytko.

  – Weterynarz mówi, że… lepiej go uśpić – powiedział Marc zduszonym głosem.  – Że za dużo cierpi.

 Gerard podszedł powoli i położył dłoń na ramieniu przyjaciela.

 – Pamiętasz, jak ten kundel wskoczył na scenę podczas naszego pierwszego występu w barze? Myślałem, że nas wyrzucą, a on usiadł przy twoich nogach i siedział jak posąg przez cały koncert.

  Marc uśmiechnął się przez łzy.

  – Osiem lat… codziennie ze mną na ulicy. Pilnował kapelusza lepiej niż ja sam. A teraz ja mam go… uśpić?

   Mathieu kucnął przy psie i delikatnie pogłaskał go po głowie.

  – Nie musisz decydować sam. Jesteśmy tu. Wszyscy trzej… jak kiedyś.

  Gerard przysunął krzesło i usiadł obok.

  – Ten czerwony mak na kapeluszu… nigdy nie rozumiałem, po co go nosimy. Teraz wiem. To nie tylko dla turystów. To znak, że jesteśmy razem. Nawet jak jest ciężko.

  Marc spojrzał na przyjaciół, potem na swojego psa.

 – To co… dajemy mu jeszcze szansę? – zapytał drżącym głosem.

 – Dajemy – odpowiedzieli jednocześnie Gerard i Mathieu.

  W małym mieszkaniu na parterze starej paryskiej kamienicy trzech starych przyjaciół znów było razem. Tak jak kiedyś – tylko zamiast muzyki, tym razem towarzyszyło im ciche, pełne nadziei milczenie.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~
To nie Marc gra na kontrabasie w poniższym klipie - to :

Ray Brown  wykonujący genialnie "The Man I Love"

To absolutna petarda – kontrabas brzmi jak aksamit i jednocześnie jak wielki głos. Posłuchajcie, proszę.

tutaj


```````````````````````````````````````

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj

 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 

wtorek, 12 maja 2026

OSTATNIA NUTA GERARDA


Patrząc na ten obraz ( pobrany z Pinterest) - słyszę cichą, trochę zmęczoną melodię akordeonu…W małym paryskim mieszkaniu na poddaszu, na starym drewnianym krześle spoczywała guzikowa harmonia. Obok stały znoszone buty, a na ścianie wisiał czarny kapelusz z czerwonym makiem. Wszystko wyglądało tak, jakby właściciel wyszedł tylko na chwilę.

   Mathieu wszedł powoli do pokoju. Serce mu się ścisnęło.

Kilka tygodni wcześniej Gerard przestał przychodzić do ogródka jego kawiarni. Mathieu myślał, że stary przyjaciel znalazł sobie inne miejsce w cieniu. Ale gdy minął tydzień, a potem drugi, zaniepokoił się na dobre.– Gerard… gdzie ty się podziewasz, stary uparciuchu? – mruknął pod nosem.

   Od dozorcy dowiedział się prawdy. Gerard trafił do domu pomocy społecznej. Mathieu nie czekał ani dnia. Zabrał harmonię, kapelusz i buty, załatwił w merostwie wszystkie formalności i pojechał po przyjaciela.

   Gdy wszedł do sali, Gerard siedział przy oknie, wychudzony i przygarbiony.

– Mathieu…? – w głosie starszego mężczyzny zabrzmiało niedowierzanie.– A kto inny by przyszedł po takiego marudera? – uśmiechnął się Mathieu, siadając obok. – Zostawiłeś mi na krześle całą swoją przeszłość. Harmonię, buty i ten idiotyczny kapelusz z makiem.

   Gerard spojrzał na instrument, który Mathieu postawił obok niego.– Myślałem, że już po mnie… – powiedział cicho. – Że nikt nie będzie szukał starego grajka.

   Mathieu położył dłoń na ramieniu przyjaciela.– Pamiętasz, jak w ’58 wyciągnąłem cię z rynsztoka? Miałeś trzynaście lat i byłeś wściekle uparty. Potem kupiłeś na pchlim targu tę harmonię i grałeś tak pięknie, że ludzie płakali. Założyłeś zespół, graliście w barach… A potem los dał ci w kość. Ale ja nigdy nie zapomniałem, że to ty mnie kiedyś pilnowałeś, kiedy byłem mały. Teraz moja kolej.

pogłaskał miechy akordeonu drżącą dłonią.– Jeszcze potrafię zagrać „La Vie en Rose”… – szepnął.– To zagraj – powiedział Mathieu miękko. – A potem zbieramy twoje rzeczy. Zabieram cię do domu.– Do domu? – oczy Gerarda zaszkliły się.– Tak. Do domu. Pod mój wielki parasol w ogródku. I już nigdy nie będziesz sam.

   Gerard uśmiechnął się po raz pierwszy od dawna.– Wiedziałem, że z ciebie będzie dobry człowiek… nawet jak byłeś tym małym gówniarzem, co mi podkradał harmonię na naukę.

   Obaj roześmiali się cicho, a w małym pokoju na chwilę znów zawisła melodia dawnych lat.

„La Vie en Rose”



A teraz obejrzyjcie jak wygląda futurystyczny akordeon i nowoczesna aranżacja utworu

                                    „La Vie en Rose”
tutaj   

  

   

Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z lenistwem veny. tutaj

W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia. tutaj

Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli. tutaj
 WIDZĘ, CZUJĘ, WIEM i poszukuję - blog, zawierający popularnonaukowe posty i inne ciekawostki 




poniedziałek, 11 maja 2026

NIE CHCĘ PANA FUTERKA I CO MI PAN ZROBI?

 

art by Damian Kłaczkiewicz

   Annę zatrudnili  w II obsadzie baletu. To i tak dla niej wyżyny osiągnięć w karierze. Nie marzyła, że może to stać się w tym roku.

Miała być dublerką dla tancerki, która zaczynała odczuwać lekki dyskomfort podczas piruetów. Poprosiła swojego szefa, aby jej dublerka była w pogotowiu na każdym jej przedstawieniu .

art by Muriel Barclay

    Tak więc, niezależnie, czy balet miał mieć I czy II obsadę, ona była zawsze w baletkach i odpowiednim stroju, z włosami misternie ułożonymi w koczek. 

    Budynek nie był zbyt dobrze ogrzewany, podlegał pod konserwatora zabytków, więc solidne docieplenie nie wchodziło w rachubę ze względów przepisów architektonicznych, jak i braku odpowiednich finansów na dozwolone prace. Anna marzła w oczekiwaniu na wezwanie w pełnej gotowości.  

   Usłyszała, że nowo zatrudniony szatniarz oferuje po cichu jakieś okrycia po niezbyt wygórowanej cenie. Odkupił je podobno od garderobianej, która wymieniała stroje. Anna zgłosiła się do niego,  z zapytaniem, czy ma coś cieplejszego, np., jakąś starą futrzaną etolę, kurtkę, czy coś w tym stylu, aby mogła się okryć i ogrzać podczas „dyżuru” .

   - Pomyślę, kto wie… może się cos znajdzie.  – odpowiedział zagadkowo.

   Za kilka dni, siedząc z tyłu poczekalni, usłyszała, rozmowę szatniarza z jakąś kobietą.  Nie mógł odnaleźć jej płaszcza deszczowego. Kobieta denerwowała się, ale ten tłumaczył, że może kolega wydał przez pomyłkę komuś innemu.  Kobieta prosiła, aby jeszcze raz sprawdził

   - O, jest deszczówka, proszę bardzo -  i rzucił na barierkę przed kobietę.

    - Proszę pana, ale mój był nowszy. To nie ten.

  - Innego nie ma i co mi pani zrobi! – zdenerwował się szatniarz.

   Anna była zaskoczona obrotem sprawy, ale na szczęście spektakl się zakończył i ten z szatniarzem w roli głównej i balet. Kobieta stwierdziła, że jeśli ktoś wziął jej i to nowszy, to nie ma się czego spodziewać, że go odzyska. A tego nie będzie brać.

   Anna szybko zapomniała o incydencie, tym bardziej, że szatniarz przyniósł jej krótkie futerko z lisów. Twierdził, że w pobliskim teatrze była wyprzedaż starej garderoby i  jemu udało się kilka rzeczy złowić. Zaoferował jej futerko po bardzo zaniżonej cenie.

   Dała mu zaliczkę.  Od razu dal jej futrzaną kurtkę. Miała jutro dopłacić resztę. 

   Tego dnia nawet nie miała okazji w niej  pochodzić po zimnym budynku, bo właśnie dublowała jedną z baletnic. Kiedy nadszedł czas powrotu do domu… zauważyła że zaczyna padać śnieg z deszczem. 

"Jak wyjść w taką pogodę w futerku" ,  głośno myślała, stojąc obok szatniarza.

  - Niech się panienka nie martwi. Proszę wziąć  ten płaszcz deszczowy i nakryć na futerko – podał jej, wyciągając ze swojej osobistej szafy damski (zgodny z opisem tamtej kobiety) przeciwdeszczowy, prawie nowy , płaszcz .

  - Ale czy to nie jest czasem ten płaszcz, którego jeszcze wczoraj poszukiwała pewna pani?

 - Ależ nie ma sprawy, tu się przerzuca setki ciuchów codziennie, kto by się spodziewał, że nie może się jakieś zawieruszyć?

 - A tego futerka nikt nie szukał?

  - A kto by spamiętał, moja panienko… No bierze pani, czy nie…?

  - Proszę pana czy możemy tę naszą transakcję unieważnić? Rozmyśliłam się. Znalazłam inne wyjście . Dobry termos z gorącą kawą i ciepłe ponczo.

(W wyobraźni widzi siebie, jak jakaś kobieta zrywa z niej futerko, krzycząc „złodziejka!”)

- Aj, z tymi kobitami… -  macha ręką zezłoszczony szatniarz Jedna chce płaszcz , chociaż go nie ma, druga nie chce futra, które okazyjnie trzyma już na plecach. Człowiek się stara , jak może i w żaden sposób nie dogodzi.