Translate

wtorek, 31 marca 2026

PIETER HOOCH NA MOIM TARASIE

Kobieta w spiżarni -
Pieter de Hoch (ok.1656-60)

Dialog światła

Czy to możliwe, by holenderski mistrz z XVII wieku podpowiedział mi, jak patrzeć na własne meble? Kiedy wieczorem zapalam lampkę przy moim szklanym „Z”, czuję, że Pieter de Hooch stoi tuż obok.



Dwa światy, ten sam blask:
Na obrazie De Hoocha światło precyzyjnie wybiera detale – krawędź dzbanka, biały czepek, fragment posadzki. Tworzy intymną wyspę spokoju w mroku spiżarni. Dokładnie to samo dzieje się u mnie, gdy zapada zmrok. W świetle dnia mój szklany mebel jest po prostu „użytkowy”, ale wieczorem, pod wpływem jednej lampki, zamienia się w świetlną rzeźbę.



Czar detalu:
Ciepłe światło sprawia, że krawędzie szkła zaczynają żyć. To ten sam „czar”, który De Hooch uwiecznił na swoich płótnach – umiejętność wydobycia duszy z przedmiotu za pomocą jednej, złotej smugi. Nawet ta moja „kwitnąca rysa” w tym świetle przestaje być błędem, a staje się opowieścią.

  Sztuka to nie tylko to, co wisi w muzeum. To sposób, w jaki światło kładzie się na Twoim stole, gdy dom cichnie. De Hooch uczy nas, że każdy z nas może być malarzem nastroju we własnych czterech ścianach.
Gdybym zapragnęła, aby do tego posta jeszcze dodać więcej  nostalgii, to co by tu polecić.... aha, już wiem... Zajrzyj tutaj

                              ~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.

poniedziałek, 30 marca 2026

AMAZONKA NA KRAWĘDZI - O SZKLANYM "ZET', ZŁAMANEJ NODZE I SILE WSTĄŻKI



Mówią, że przedmioty martwe nie mają duszy, ale moja lampka, stojąca na szklanym blacie tarasowego „Z”, zdecydowanie próbuje temu zaprzeczyć. tutaj
To dziesięciokilowy odlew miedziany: dumny koń wspięty na tylnych nogach i amazonka, która z niemal filmową elegancją podtrzymuje rondo kapelusza.


   Tragedia w markecie budowlanym
Każda blizna ma swoją historię. Moja lampka straciła „zdrowie” podczas wyprawy ratunkowej.  Z dwóch kloszy pozostał jeden i skorupy. Chcieliśmy dokupić brakujący lub 2 inne . Zabraliśmy okaleczona lampkę do Leroy Merlin i  Castoramy. Żaden klosz nie był odpowiedni ze względu na niedopasowanie oprawki oraz formę.  Noszenie dziesięciu kilogramów miedzi między regałami to wyzwanie. 


Klosz kielichowy w naturze ma zielonkawe brzegi

Wystarczył jeden niefortunny chwyt za przednią nogę konia i… trzask.

"Opatrunek opaskowy" w kolorze brązu specjalnie zdjęty, 
aby pokazać złamanie
 
 Dziś dumną postawę wierzchowca ratuje aluminiowy drut wewnątrz odlewu. Noga jest złamana, ale trwa – ułożona z pietyzmem tak, by udawać, że czas się zatrzymał przed tamtym niefortunnym ruchem.

   Zamiast szkła – fantazja
Drugiego „alabastrowego” klosza w formie kielicha kwiatu nie udało się dokupić. Została pustka. Ale czy puste miejsce po świetle musi straszyć? Zamiast szukać ideału w sklepach, sięgnęłam po wstążki. Zaplotłam je fantazyjnie: beż, zieleń i delikatny pomarańcz tworzą teraz miękką koronę tam, gdzie dawniej był alabaster.


   Moja kolejna lekcja „blizn”
Spoglądam na tę lampkę i widzę w niej nas samych. Czasem życie „łamie nam nogę” w najmniej odpowiednim momencie, a nasze idealne „klosze” pryskają w drobny mak. Ale czy to powód, by przestać błyszczeć? Moja amazonka wciąż trzyma fason, a koń, choć ranny, wciąż mierzy kopytami w niebo.


   Czasem wstążka i drut wystarczą, by uratować piękno. Wystarczy tylko przestać płakać nad tym, czego już nie ma, i zacząć dekorować to, co zostało.


   „Patrzę na te zdjęcia i widzę coś, czego nie kupi się w żadnym markecie budowlanym: duszę przedmiotu, który przetrwał. Moja amazonka nie potrzebuje idealnego klosza, by błyszczeć. Te fantazyjne sploty beżu i zieleni są jak powiew wiatru w jej miedzianych włosach. A złamana noga konia? To tylko przypomnienie, że prawdziwa siła nie polega na braku pęknięć, ale na tym, że mimo nich wciąż mierzymy wysoko.”

niedziela, 29 marca 2026

BLIZNY, KTÓRE KWITNĄ


Historia szklanego „Z”

Są meble, które nie służą do przechowywania. One służą do wyglądania. Lata temu kupiłam  jednej z moich córek szafkę – wizualnie majstersztyk, choć użytkowo mało pojemną.



  Kiedy córka postanowiła wymienić wyposażenie, nie potrafiłam oddać tych szklanych rzeźb w obce ręce. Tak trafiły na mój taras. Oczywiście, musiałam wszystko na tarasie pozmieniać. Rzeźbiony w drewnie przez prof, Gustawa Zemłę Chrystus znalazł też nowe miejsce (wcześniej rzeźba byla niezadaszona tutaj )




  
   Cieszyłam się jak dziecko tymi taflami wygiętymi w fantazyjne litery „Z”. Do czasu. Pewnego ranka, o zgrozo, zobaczyłam, że jedna ze skośnych powierzchni poddała się "naprężeniom." Może dekoracyjna lampka ustawiona była w nieodpowiednim miejscu?   Może dziecko przysiadło sobie na blacie? Pęknięcie było bezlitosne – blat podzielił się na dwie osobne części. Winnych brak, tylko żal serce ścisnął.

   Ale czy artystyczna dusza może się tak poddać? Fachowiec scalił szkło, a ja postanowiłam nadać tej „bliźnie” nowe życie. Na linii dawnego pęknięcia umocowałam taśmą klejącą sztuczną gałązkę białych kwiatów, wygiętą dokładnie tak, jak biegła rysa.


Odchylona gałązka,
aby ukazać część "blizny"

 Dziś patrzę na to szklane „Z” i myślę, że to najważniejszy mebel w moim domu. Uczy mnie, że to, co pęknięte, wcale nie musi trafić na śmietnik. Wystarczy odrobina cierpliwości i… kwiatów, by miejsce bólu stało się miejscem największego zachwytu. Moja rysa nie straszy – ona kwitnie. To moja prywatna lekcja nadziei.



~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.

sobota, 28 marca 2026

TAJEMNICA BIALEJ KOSZULI

  Pamiętacie pewną "zagwozdkę", którą podzieliłam  się z Wami na tym blogu tutaj       ?

  Nie mogłam się pogodzić z myślą, że nie pamiętam, gdzie byłam sfotografowana -  w jakim miasteczku.

   Sprawa się wyjaśniła, kiedy przeglądając galerię swoich zdjęć wpadłam na te dwa.
Seria  zdjęć z przerwy w trakcie podróży do Kórnika. Zauroczyło mnie to złoto słoneczników ciągnące się  po horyzont.







I już wiem. Ten strój. Biała koszula i kolorowe spodnie. 
 
  Siedziałam tam, na samym rynku w Kórniku, chłonąc spokój odnowionych kamienic i chłód porcelany. Dzisiaj, patrząc na zdjęcie słoneczników mijanych po drodze, zrozumiałam, że tamten dzień miał swój kolorystyczny kod. Moja biała koszula, złoto pól i kremowa słodycz deseru stworzyły triadę, której nie da się zapomnieć. Czasem nie trzeba mapy – wystarczy zajrzeć do własnej szafy i galerii zdjęć, by znów poczuć słońce na twarzy i smak tamtej kawy.

Te słoneczniki stały się inspiracją do bajki wierszowanej w moim blogu "Wierszyki sercem pisane" tutaj

  „A czy i Wy macie w swoich szafach lub albumach takie przedmioty, które działają jak wehikuł czasu? Jaki kolor, zapach lub smak potrafi w jednej chwili przenieść Was do najpiękniejszych wspomnień? Podzielcie się ze mną swoimi 'słonecznikowymi śledztwami' w komentarzach – chętnie dowiem się, co budzi Waszą radość.”


~~~~~~~~~~~~
⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.

piątek, 27 marca 2026

ZAGADKA SFINKSA



Zagadka sfinksa (czyli polska betonowa ruletka)

Siedzę sobie w letnim ogródku. Biała koszula, rękaw 3/4, ciemne okulary (nie dla szpanu, jaskra to kiepski wspólnik do zdjęć). Przede mną tiramisu – bo umówmy się, życie jest za krótkie, żeby kończyć tylko na eklerkach. Mój towarzysz po drugiej stronie obiektywu (ten, którego nie widać, a który pewnie marzy o swoim serniku) uchwycił mnie w momencie głębokiego zamyślenia nad łyżeczką.

    I teraz konkurs z nagrodami! 
Konia z rzędem, pół królestwa i dożywotni zapas kawy temu, kto zgadnie, w jakim mieście zostało zrobione to zdjęcie.

   Patrzę na to ujęcie i sama mam problem. Za moimi plecami dumnie pręży się bluszcz na metalowym stojaku – jedyny przedstawiciel natury, który dostał pozwolenie na pobyt w tym miejscu. W tle frontony kamienic, stoliki sąsiedniej kawiarni i… ona. Gwiazda wieczoru. Kostka brukowa.

   Ciągnie się aż po horyzont, równiutka, szara, solidna. Wygląda identycznie w Jarocinie, Jarosławiu, czy innym Jędrzejowie. To jest ta nasza słynna „rewitalizacja na jedno kopyto”. Gdyby nie to tiramisu, mogłabym przysiąc, że jestem w dowolnym punkcie na mapie Polski między Odrą a Bugiem. Wszystkie rynki przeszły ten sam lifting: najpierw eksmisja drzew, potem wjazd betoniarki, a na koniec montaż donicy z kwiatkiem, żeby nie było, że nie jest ekologicznie, a drzewa? Owszem... tu bądźmy sprawiedliwi. Stosowane jest kilka gatunków do wyboru przez notabli miasteczka ( kuliste, kolumnowe i w pojemnikach) aby nie przysłaniały architektury, np. klon pospolity, głóg, jarząb, grab, platan klonolistny, robinia akacjowa - lipa drobnolistna. 
Lipa... to słowo jakoś żle mi się kojarzy i nie tylko w odniesieniu do flory. 
Ale co to za drzewa rosły w tym konkretnym opisywanym miejscu ... zabijcie mnie, ale nie wiem.

   Więc siedzę w tej swojej białej koszuli i kolorowych spodniach, próbując sobie przypomnieć: to była Wielkopolska? Podkarpacie? A może serce Mazowsza? Wszystko wygląda tak samo „reprezentacyjnie”. Jeśli kiedyś się zgubię, nie patrzcie na mapę – sprawdźcie tylko, czy kostka na rynku jest odpowiednio szara. Jeśli tak, to znaczy, że jestem w domu. W Polsce.

  A tymczasem... jem dalej. Bo tiramisu, w przeciwieństwie do polskiej architektury miejskiej, w każdym miejscu smakuje jednak odrobinę inaczej.
  I wiecie co? Poddaję się. W tym labiryncie identycznych krawężników i „rewitalizacyjnego rozmachu” jedynym stałym punktem mojego wszechświata pozostaje tiramisu. Ono przynajmniej nie udaje, że jest z betonu. Kiedy zamykam oczy za moimi ciemnymi okularami, przestaje być ważne, czy to bruk dolnośląski, małopolski czy wielkopolski. Ważne, że łyżeczka trafia do celu, a kawa jest gorąca. Bo w świecie, w którym miasta tracą swoje „linie papilarne” na rzecz szarej kostki, nam pozostaje pielęgnować własny, kolorowy mikrokosmos – choćby miał on wymiary kawiarnianego stolika i zapach świeżego biszkoptu.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~

⚓ Moja blogowa flotylla:

💻 Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy.

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na Obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, humor i filozofia.

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „biały żagiel” dla dzieci i dorosłych marzycieli.

czwartek, 26 marca 2026

STYMULATOR, KOSMYKI BLOND I MAŁY PAPARAZZI

 

Witaj na jednym z pokładów mojej blogowej flotylli! ⚓ Choć każdy z moich czterech blogów płynie pod inną banderą – od eklerek i codzienności, przez sacrum i wiersze, aż po niekonwencjonalną sztukę – to Kapitan i jego poczucie humoru zawsze pozostają ci sami.

~~~~~~~~~~



  Są dni, kiedy moje blond włosy, grzecznie zaczesane za uszy, postanawiają ogłosić niepodległość. Wystarczy lekki powiew, a te kilka pojedynczych kosmyków nad skroniami staje dęba, tworząc wokół mojej głowy coś na kształt... no cóż, anten satelitarnych.

  Właśnie w takim momencie mój wnuczek, domorosły paparazzo, dopadł mnie z aparatem.

  – Babciu, stój! Wyglądasz, jakbyś odbierała sygnał z Marsa! – zawołał, pękając ze śmiechu i cykając fotkę za fotką.
 
„Oddaj ten aparat! ( nawet już wyciągnęłam dłoń, aby go zabrać) "
Już miałam kontynuować:
"Kasuj to natychmiast! Gdzie autoryzacja? Gdzie godność blondynki?!” 
Już miałam wygłosić wykład o prawie do wizerunku, ale nagle mnie tknęło. Czując te   moje „antenki” nad uszami, spojrzałam na niego i wypaliłam:
– Kochanie, masz rację! Przecież wiesz, że babcia jest na baterie!

  Wskazałam mu wymownie w stronę miejsca, gdzie mam wszczepiony stymulator, i dodałam z kamienną twarzą:
– Te kosmyki to nie nieład. To system wczesnego ostrzegania. Jak tylko wiatr je tak rozwieje, stymulator łapie pełny zasięg i zaczynam widzieć, co planujesz zbroić za plecami!

  Wnuczek na chwilę zaniemówił, patrząc to na aparat, to na moje włosy. Zamiast kłótni o „niesfotografowanie”, mieliśmy sesję godną filmu science-fiction. Bo skoro już mam w sobie tę odrobinę technologii, to dlaczego nie miałabym mieć fryzury, która wygląda jak profesjonalne oprzyrządowanie?

Przeciez nie będę   walczyć z wiatrem i  kłócić się o niefortunne zdjęcia. Jeśli mam „antenki” i stymulator, to  teraz  nie  jestem  nieuczesana. Jestem Babcią Premium z doładowaniem.

~~~~~~~~~~~~~~
⚓️ Moja blogowa flotylla – wybierz swój pokład:🧼 

Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy (oraz eklerki!)

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania, modlitwa i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, filozofia i niekonwencjonalne spojrzenie na płótno. 

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.



wtorek, 24 marca 2026

OPERACJA "IGŁA



Jak biała chmurka Toffi została bohaterką (we własnych oczach)

Myślałam, że to będzie zwykła wizyta u weterynarza. Toffi myślała, że to koniec świata. 
Kto miał rację? 
Zapraszam na relację z pola bitwy, gdzie główną bronią była igła, a jedynym lekarstwem – słoik ciasteczek! 🐾💉"

Dziś w kalendarzu widniała data, której każdy pies woli nie znać: doroczne szczepienie. Toffi, moja mała maltańczykowa dama, ma wbudowany radar na „podejrzane zachowania właściciela”. Gdy tylko zobaczyła, że biorę do ręki jej książeczkę zdrowia zamiast smyczy na spacer, natychmiast zamieniła się w posążek z porcelany. Wzięła to za zdradę o poranku.

W samochodzie Toffi nie siedziała. Ona cierpiała. Z tylnego siedzenia posyłała mi przez lusterko spojrzenia godne aktorki z niemego kina. „Serio? Po tych wszystkich wspólnie zjedzonych kanapkach? Wywozisz mnie TAM?”. Każdy zakręt kwitowała głębokim westchnieniem, które miało mi uświadomić, że łamię jej malutkie, białe serduszko.

Wchodzimy. W poczekalni tłum: wielki labrador udający, że jest dywanem, i kot w transporterze, który syczał z częstotliwością zepsutego ekspresu do kawy. Toffi, ważąca tyle co paczka cukru, uznała, że to idealny moment na pokaz dominacji na tej arenie gladiatorów.

Zaczęła od „krnąbrnego fuknięcia” w stronę labradora, po czym błyskawicznie – widząc, że pies jest jednak większy od jej głowy – ewakuowała się na moje kolana. Stamtąd, z bezpiecznej wysokości, obserwowała resztę pacjentów z miną: „Ja tu tylko kontroluję sytuację, proszę mi nie przeszkadzać”.

Gdy nadeszła nasza kolej, Toffi wmaszerowała do gabinetu z godnością królowej idącej na szafot. pani doktor, przygotowując igłę, próbowała nawiązać kontakt: „Ojej, jaka śliczna chmurka!”. Chmurka w tym czasie planowała, jak uniknąć kontaktu z podłożem, stosując technikę „psiej ośmiornicy” i przyklejając się do mojego swetra.

Samo szczepienie? Sekunda. Toffi nawet nie pisnęła, ale za to spojrzała na panią doktor z takim wyrzutem, jakby właśnie zniszczyła jej całe dzieciństwo. Jednak gdy tylko na stole pojawił się magiczny słoik z ciastkami, trauma wyparowała szybciej niż zapach spirytusu. Nagle pani doktor  stała się jej najlepszą przyjaciółką, a ona – najgrzeczniejszym psem na świecie.


Nie mam fotek do tego reportażu z kliniki, bo byłam sama nie mniej zestresowana, niż sam pacjent.

Wyszłyśmy z kliniki z dumnie podniesionym ogonem (i nową porcją przeciwciał). Toffi znów jest panią świata, pod warunkiem, że świat ten oferuje dużo głaskania i zero igieł. Przynajmniej przez najbliższy rok!

 Zdradzę teraz treść naszej rozmowy w aucie w drodze powrotnej :

Ja: Toffi, kochanie, nie patrz tak na mnie. Przecież to było tylko małe ukłucie. Jesteś dzielną dziewczynką!

Toffi: siedzi na przednim fotelu, wpatrzona w szybę z odwróconą głową  w bok, wpatrzona w szybę ( z fochem godnym Oscara)

Ja: Powiedziała, że masz najbielsze futerko w całej dzielnicy!: No weź, ogonek chociaż raz merdnij. 

Toffi: (powolny obrót głowy, spojrzenie spod grzywki): „Pochlebstwa? Serio? Ta kobieta  naruszyła moją nietykalność osobistą zimnym metalem, a ty stałaś obok i... uśmiechałaś się do niej!”

Ja: Trzymałam cię za łapkę! I dostałaś przecież pyszne ciasteczko w nagrodę.

Toffi: „Jedno ciasteczko? Za taką traumę? Moja godność jest warta przynajmniej połowę twojej szynki z kolacji. I to bez chleba”.

Ja: Dobrze, dostaniesz wieczorem coś ekstra. Tylko przestań wzdychać jak bohaterka tragedii greckiej.

Tofif: (kładzie pyszczek na łapkach i wydaje z siebie przeciągłe „pffff”): „Zastanowię się. Ale nie zdziw się, jak jutro rano 'przypadkiem'  pogryzę twojego lewego kapcia. Tego z pomponem”.

Ja: Toffi...

Toffi: (nagle ożywia się na dźwięk kierunkowskazu): „Zaraz, czy my skręcamy do parku? Jeśli tak, to możemy negocjować warunki zawieszenia broni”.



...................

⚓️ Moja blogowa flotylla – wybierz swój pokład: 🧼

Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy (oraz eklerki!).

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania, modlitwa i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, filozofia i niekonwencjonalne spojrzenie na płótno. 

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.

poniedziałek, 23 marca 2026

TRZY STATKI + JEDEN SAMOTNY BIALY ŻAGIEL W JEDNYM PORCIE



🚢 Trzy statki  + jeden samotny żagiel w jednym porcie – czyli jak „wymydliłam” sobie nowy blog! 🧼✨

Pamiętacie pana Zabłockiego? Tego szlachcica, który chciał przechytrzyć celników i spławić mydło ukryte pod wodą, żeby nie płacić cła? Biedak dopłynął do Gdańska z pustymi skrzyniami, bo jego towar po prostu się „wymydlił”. Stał się symbolem wielkich planów, które rozpuściły się w rzeczywistości.
Przyznaję się: ja też miałam taki moment „Zabłockiego”. 🤝
Przez długi czas upychałam wszystko w jednej skrzyni mojego laptopa. Ale w pewnym momencie poczułam, że moje myśli, inspiracje i modlitwy zaczynają się nawzajem „wymydlać”. Sacrum mieszało się z eklerką, a analiza obrazu z grawitacją kanapy. Zrobiło się radosne, ale ciasne „mydło i powidło”.
Postanowiłam więc – wzorem mądrzejszych kupców – rozdzielić mój towar na trzy oddzielne statki:

Zapiski z mojego laptopa 💻
- to mój flagowiec. Tutaj płynie codzienne życie, zachwyt nad lukrem eklerki, walka z poniedziałkiem i humorystyczne obserwacje świata. To tu handluję „mydłem i powidłem” codzienności.

W Kręgu Mojego Sacrum🕯️ https://wkregumojegosacrum.blogspot.com – statek flagowy mojej duszy. Tu płyną ciche rozmowy z Archaniołami, modlitwy i to wszystko, co w moim życiu jest Najważniejsze.

Oko na Obraz - Interpretacje 🎨
   https://oko-na-obraz.blogspot.com   to moja najnowsza jednostka, na której sztuka przestaje być sztywna i zakurzona! Tutaj nie znajdziecie suchych dat i nudnych wykładów. Moje interpretacje to mieszanka wybuchowa: trochę humoru, szczypta nostalgii, a kiedy trzeba – solidna porcja filozofii. Patrzę na płótno i widzę tam nasze codzienne rozterki, „immanentne nudziarstwo” i błyski geniuszu, które próbuję przełożyć na język naszych laptopów. To sztuka bez krawata, ale z duszą!

 Wierszyki sercem pisane –  
Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.
⛵ Biały żagiel wciąż na fali, czyli co zrobić, gdy załoga dorośnie?

  Mój blog z wierszykami stoi w porcie niczym samotny biały żagiel. Czasem wypływa samotnie w rejs. Kiedy go wodowałam, moją załogą były wnuki – chłonące każde słowo, każdą bajkę i każdą rymowankę. Ale czas to najszybszy z kapitanów. Wnuki dorosły, wierszyki o krasnoludkach zamieniły na świat gier i dorosłych spraw, a moja mała łódka zaczęła dryfować w ciszy.

   Czy wyszłam na tym jak Zabłocki na mydle? 🧼
Bynajmniej! Choć towar w tej ładowni (moje wiersze) wydaje się teraz „niemodny”, to przecież serce, którym były pisane, wcale się nie wymydliło. Postanowiłam, że ten blog zostanie moim Portem Nostalgii.

   Może wnuki już tu nie zaglądają, ale przecież w każdym z nas – czytelników eklerek, poszukiwaczy Sacrum i wielbicieli obrazów – siedzi takie „dorosłe dziecko”, które czasem potrzebuje schronić się pod białym żaglem prostego rymu.

   Nie zamykam tego portu. Niech dryfuje obok moich wielkich blogowych statków jako przypomnienie, że zanim stałam się „panią od filozoficznych interpretacji”, byłam (i jestem!) po prostu babcią, która rymuje sercem. Zapraszam Was tutaj, gdy świat stanie się zbyt skomplikowany. Tu wciąż mieszkają anioły od bałaganu i krasnoludki, które nie znają pojęcia inflacji. 😉

  Może i moje plany na jeden, prosty blog się „wymydliły” jak mydło Zabłockiego, ale dzięki temu zyskałam całą flotyllę! Teraz każda myśl ma swoją kabinę i odpowiednią banderę.

  Dziękuję, że podróżujecie ze mną na każdym z tych pokładów. Obiecuję, że choć statki są trzy, to Kapitan (i jego poczucie humoru) pozostaje ten sam! ⚓️❤️


  Ciekawa jestem - na którym z moich pokładów czujecie się najlepiej? Wolicie zapach świeżej kawy i eklerek, ciszę sacrum, czy może estetyczną ucztę dla oka? Dajcie znać w komentarzach! 💬👇


ZASZCZEKANY HAZARD




„Bo w sztuce, tak jak w życiu, 
najważniejsze, to mieć dobrego asystenta... 
albo asystenta z asem w łapie!”

Cassius-Marcellus-Coolidge-
Psy Grające w Pokera-1894


🐾  Krótki poradnik: 

Jak zachować „pokerową twarz” 
(lekcja stylu od buldoga)

Jeśli planujesz wieczór z kartami (albo po prostu chcesz ukryć, że to Ty zjadłaś ostatnie ciastko), weź przykład z bohaterów obrazów Coolidge’a:

Spojrzenie „na niewiniątko” – Unikaj kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem. Patrz w swoje karty z takim skupieniem, jakbyś tropiła wiewiórkę w parku.

Ogon pod kontrolą – Pamiętaj, że ogon to Twój największy zdrajca! Radosne machanie przy mocnej karcie natychmiast Cię wyda. Usiądź na nim, jeśli trzeba.

Ucho w górę, nos w dół – Jeśli przeciwnik licytuje wysoko, postaw uszy, ale zachowaj spokój. Niech myśli, że to tylko przeciąg, a nie Twoja pewność siebie.

As w łapie – Jeśli musisz oszukiwać (jak ten słynny buldog), rób to z miną kogoś, kto właśnie dostał medal za dobre sprawowanie.

Pamiętaj: w pokerze, tak jak w życiu, nie liczy się to, co masz w kartach, ale to, jak bardzo potrafisz udawać, że to, co masz, to cztery asy! 🃏🐕

................................



sobota, 21 marca 2026

RAGDOLL, KLEJNOTY RODOWE I EWAKUACJA



 Jak przetrwać we własnym stadzie

  W naszym rodzinnym ekosystemie dotychczas panowała drobnica: miniaturowe żółwie, pajączki i inne stworzenia, które można przeoczyć przy gwałtownym sprzątaniu ( nie wspominając o maltańczyku Toffi, która mieszka z nami  -"dziadkami" - na parterze). 

  Ale nadszedł ten dzień. Wielkie przełamanie. Rodzice ulegli, portfele zapłakały i do mieszkania wnuków - na piętro, wkroczył On – Ragdoll, któremu nadano imię - GUCIO.

Ragdoll "Gucio"

  Dla niewtajemniczonych: Ragdoll to nie jest po prostu kot. To luksusowa inwestycja kapitałowa na czterech łapach, wymagająca logistyki godnej lądowania na Marsie. Dom zamienił się w magazyn: designerskie transportery, drapaki przypominające rzeźby nowoczesne, zabawki z certyfikatami i kuweta, przy której obsłudze NASA mogłaby się uczyć procedur.

  Oczywiście szybko wprowadzono rodzinny harmonogram sprzątania „urobku”. Choć właścicielem miał być starszy wnuk, zasada była twarda: „Wszyscy się bawią, wszyscy wynoszą kupy”. Sprawiedliwość społeczna w najbardziej wonnym wydaniu.

  Niestety, nikt nie uprzedził Gucia, że w domu czeka na niego konkurencja do tytułu samca alfa: młodszy wnuczek.

Ilustracja poglądowa
obraz z sieci

  Początkowo była to klasyczna walka o terytorium. Efekty? Czerwone ucho tu, zadrapanie na policzku tam. Kot punktował, wnuczek zbierał sznyty. Jednak młody strateg szybko uznał, że pazury to przeżytek i przeszedł do wojny asymetrycznej. Odkrył słaby punkt przeciwnika. Taktyka była prosta, acz druzgocąca: chwyt za „klejnoty przyrodzone”.

   Kiedy z parteru po raz kolejny dobiegł mnie wrzask kota, który brzmiał jak syrena alarmowa w fabryce w poniedziałek rano, wiedziałam, że dyplomacja poległa. To nie była już zabawa – to był zamach na męską godność i przyszłość rodu kota Gucia. Nawet starszy wnuk, patrząc z przerażeniem na te zapasy, uznał: BASTA. Ten kot potrzebuje azylu politycznego, zanim zostanie śpiewakiem operowym.

  Happy end znalazł się w domu z dwiema dziewczynkami i innym Ragdollem. Nasi pojechali, sprawdzili standardy (czyt. czy nikt tam nie ćwiczy chwytów zapaśniczych na kocich organach) i przekazali uchodźcę gratis. Bo za bezpieczeństwo „klejnotów” płacić nie trzeba.

   Dziś chłopcy odwiedzają eks-lokatora i – o dziwo – młodszy wnuczek prezentuje tam nienaganne maniery, jakby nigdy nie miał w rączkach „zakazanego owocu”. Tęsknią, wspominają, ale rany leczą u mnie na dole, gdzie urzęduje Toffi – maltańczyk o charakterze gangstera.

  Z Guciem Toffi łączył się tylko w szczerej nienawiści, więc panowie żyli w izolacji, by uniknąć III wojny światowej. To ja pełniłam funkcję towarzyszki zabaw dla Gucia, kiedy rodzinka wnuków  opuszczała dom na kilka godzin.







   Teraz Toffi przejęła etat terapeuty. Starszy wnuk pozwala mu na pełen pakiet miłości (łącznie z wylizywaniem twarzy, co biologicznie jest wątpliwe, ale emocjonalnie skuteczne). 
Młodszy? Cóż, z Toffi też prowadzi swoje ciche podchody o władzę, ale pies ma nieco twardsze argumenty niż luksusowy kot.


   Gucio pewnie juz wie, że możesz być arystokratą z rodowodem, ale jeśli w domu jest trzylatek z silnym uściskiem, lepiej zawczasu poszukać bezpiecznej przystani!

   Kiedy zastanawiam się, dlaczego kot nie przetrwał w rodzinie córki mieszkającej na piętrze, przychodzi mi do głowy takie wyjaśnienie:

  „Myśleliśmy, że Ragdoll to spokojny "kot-szmaciana lalka". Nie przewidzieliśmy tylko, że nasz młodszy wnuczek potraktuje tę nazwę dosłownie i przejdzie do walki w parterze... ze szczególnym uwzględnieniem kocich "klejnotów". 🐾😱.

.......................................

⚓️ Moja blogowa flotylla – wybierz swój pokład:🧼 
Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy (oraz eklerki!)

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania, modlitwa i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, filozofia i niekonwencjonalne spojrzenie na płótno. 

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.

piątek, 20 marca 2026

DZIEŃ BEZ PLECAKA



2,5 letni wnuczek z dziadkiem
kosi trawnik


4 ,5 letni wnuczek samodzielnie
kosi trawnik

Dotarł już filmik szkolny do rodziców, ale wnuka z kosiarką jeszcze nie ma. Wyniki będą jutro. Słuchy chodzą , że może zająć dobre miejsce na podium. Nasz rodzinny bohater dnia wraz z kosiarką  odwiedza podobno kolegów.  U kolegi raczej sie  nie przepracuje się, bo  przecież kosiarka jest 'bezzębna", więc  nie grozi mu strzyżenie  trawników. 





12-letni wnuk z kosiarką
Dzień Bez Plecaka

Dzisiejszy post jest trochę wizualnie klejony, ponieważ przez pomyłkę pisałam go na stronie bloga oko-na-obraz, gdzie jest inna szafa graficzna i tam go opublikowałam. Po chwili zorientowałam się, że to nie ten blog i skasowałam. Na szczęście w podglądach jeszcze widniał, więc go udało mi się w częściach uratować i jakoś skleić :)

.....................................................................

⚓️ Moja blogowa flotylla – wybierz swój pokład:🧼 
Zapiski z mojego laptopa – Codzienność, humor i walka z grawitacją kanapy (oraz eklerki!)

✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania, modlitwa i rozmowy z Archaniołami.

🎨 Oko na obraz – Interpretacje – Sztuka bez krawata: nostalgia, filozofia i niekonwencjonalne spojrzenie na płótno. 

⛵ Wierszyki sercem pisane – Mój „samotny biały żagiel”, czyli rymowana kraina dla dzieci i tych, którzy z bajek nigdy nie wyrośli.




DOLNOŚLĄSKA JESIEŃ Z TOFFI



   To była ta specyficzna, dolnośląska jesień – złota, lekko wilgotna i pachnąca żywicą. Świeradów-Zdrój przywitał nas spokojem, który tak bardzo pasuje do "dojrzałych" dusz, szukających wytchnienia od codzienności.


   Następnego dnia październikowe słońce przedzierało się przez korony drzew, gdy ruszyliśmy w stronę ustalonej rano trasy - punkt widokowy. Toffi, biała kuleczka z zadartym noskiem, dziarsko maszerowała przed nami, a jej ogonek pracował jak mały metronom. Jednak, jak to z maltańczykami bywa, jej entuzjazm miał swoje ściśle określone granice geograficzne.

   W połowie drogi na  dokładnie tam, gdzie ścieżka zaczynała piąć się nieco ostrzej, nastąpił „moment Toffi”. Sunia stanęła jak wryta. Ani prośby, ani obietnice smakołyków nie pomagały. Spojrzała na nas tymi swoimi czarnymi oczkami, jakby chciała powiedzieć: „Drodzy Państwo, ja jestem psem salonowym, nie kozicą wysokogórską”.
Mąż zaśmiał się pod nosem, poprawiając swój plecak. Spojrzałam na niego z lekką zazdrością, myśląc o tym, jak cudownie byłoby mieć kogoś, kto wsadzi Cię do wiklinowego kosza i wniesie na sam szczyt Stogu Izerskiego. Niestety, metryka i wzajemny szacunek do kręgosłupów wykluczały jazdę „na barana”. Pozostał kompromis –  to Toffi, ze swoją dumną miną, wylądowała w plecaku męża, z którego wystawał tylko jej biały pyszczek, chłonący górskie powietrze. 

   Kiedy w końcu dotarliśmy na polanę, świat się otworzył. Panorama Gór Izerskich, skąpana w rudościach i brązach, warta była każdego kroku. To właśnie ten moment, dla którego porzuca się bezpieczny rynek – to uczucie, gdy dusza nasyca się przestrzenią, a płuca krystalicznym chłodem.



W drodze powrotnej tradycyjnie zatrzymaliśmy się przy fontannie z żabkami. 


   Ja usiadłam na ławce, prostując nogi i czując błogie zmęczenie, a Toffi, odzyskawszy energię, zaczęła swój rytuał. Przymknęła oczy, gdy drobna wodna mgiełka osiadała na jej pyszczku. Wyglądała wtedy jak mała, biała medytująca rzeźba.


   Był moment, że musiałam ją spacyfikować, bo rwała się do lizania po twarzy kuracjuszy miejscowych uzdrowisk, a nie wiem, czy takie zabiegi były im zlecone.


   W tamtej chwili, między jednym a drugim łykiem leczniczej wody, wiedziałam jedno: nieważne, ile razy trzeba stanąć w miejscu, i nieważne, kto kogo musi nieść – te widoki ze szczytów smakują najlepiej wtedy, gdy dzieli się je z tymi, których się kocha.

........................