Translate

wtorek, 17 marca 2026

ZŁOTA KLATKA DOBREJ ZABAWY



    To dylemat stary jak świat: serce rwie się do parkietu, a poczucie obowiązku szepcze do ucha listę zadań. Oto krótka opowieść o tym, jak wyjść z klasą, gdy „muszę” wygrywa z „chcę”.

  Muzyka wibrowała w powietrzu, zapach  kawy mieszał się z aromatem ciasta, a śmiech przyjaciół sprawiał, że czas zdawał się stać w miejscu. Siedziałam w lokalu , w samym centrum tej idealnej układanki, czując, jak z każdą minutą coraz trudniej będzie mi wstać z miękkiego fotela. 

  To była jedna z tych imprez, których się nie zapomina – gdzie rozmowy płyną same, a gospodarze zdają się czytać w myślach gości.
Jednak w mojej głowie, niczym natrętny budzik, tykało coś innego. Zobowiązanie. Słowo dane kilka dni temu, które teraz, w blasku świec i przy dźwiękach muzyki, ważyło więcej niż najpyszniejszy deser. Obiecałam pomoc, zadeklarowałam swój czas i wiedziałam jedno: dane słowo to fundament, którego nie wolno mi naruszyć. Choć dusza chciała zostać, lojalność kazała mi sięgnąć po żakiet.

   
Podeszłam do gospodyni. Nie chciałam psuć rytmu wieczoru, więc zaczekałam na chwilę wytchnienia między kolejnymi anegdotami.
– Kochana, to jest absolutnie fantastyczny wieczór i aż pęka mi serce, że muszę to powiedzieć, ale muszę się wycofać wcześniej – zaczęłam cicho, kładąc jej rękę na ramieniu. – Mam zobowiązanie, którego nie mogę odłożyć na jutro. Słowo się rzekło, a wiesz, jak bardzo cenię sobie rzetelność.

   Zobaczyłam cień zawodu w jej oczach, co tylko potwierdziło, jak bardzo udane było to spotkanie. Dodałam więc szybko:
– Ale nie myśl, że tak łatwo cię puszczę! Następnym razem widzimy się u mnie. Już teraz zapraszam was na rewanż, gdzie to ja będę pilnować, żebyście nie wyszli za wcześnie.

  Wyszłam z uśmiechem, czując lekkie ukłucie żalu, ale też ogromną ulgę. Można opuścić najlepszą imprezę i nadal czuć się wygranym – wystarczy zachować twarz i dotrzymać obietnicy. Bo choć towarzystwo jest bezcenne, to nasza słowność buduje to, kim jesteśmy dla innych.

   Zostały mi wspomnienia tego wieczoru i... czysta karta na następny, który tym razem ja napiszę od początku do końca.

poniedziałek, 16 marca 2026

BITWA O HEBAN


     Siedzę na tarasie i uprawiam dyplomację z gwiazdą centralną naszego układu. Słońce, niczym nachalny wielbiciel, próbuje się wcisnąć przez ażurowe otwory w ściance, byle tylko „skubnąć” kawałek mojego ramienia. „Dziękuję, wystarczy!” – rzucam stanowczo, chowając się w cieniu jak wampir przed lustracją.

   Czas na rachunek sumienia: czy ten krem z filtrem SPF 50 to była rzetelna tarcza, czy tylko pobożne życzenie? Bo w mojej głowie od razu odpala się kronika filmowa pt. „Walencja ’80: Inwazja Bladoskórych”.

  Wyobraźcie sobie ten widok: początek lat osiemdziesiątych, maj, Hiszpania. Miejscowi elegancko opatuleni w sweterki i kurteczki, bo przecież „zimno” (według nich 20 stopni to mróz). I nagle wjeżdża on – polski autokar, a z niego wysypuje się desant spragniony witaminy D. Plaża pusta, czysty drobny piasek, tylko kaktusy przy wejściu kwitną, jakby chciały nas ostrzec: „Ludzie, my tu mamy kolce, ale słońce ma gorsze!”. Przypominam: lata osiemdziesiąte - nie ma żadnych słomianych parasoli na plażach.

  Przewodnik, człowiek o optymizmie godnym kamikadze, daje nam 30 minut. Pół godziny? Dla Polaka na zagranicznej placówce to zaledwie czas na strategiczne rozmieszczenie ekwipunku. Większość grupy, wytresowana przez okres stania w kolejkach, karnie wróciła do autokaru. Ale nie one. Trzy „Gracje”, trzy wojowniczki o hebanową cerę, postanowiły zostać. Uznały najwyraźniej, że hiszpańskie słońce bierze jeńców, a one chcą być w pierwszej linii. 


  Wieczorem w namiotach zwiedzanie Walencji zeszło na dalszy plan. Główną atrakcją stał się „Namiot nr 3”, z którego dobiegały dźwięki przypominające pracę betoniarki – to dziewczyny trzęsły się z zimna w samym środku upalnej nocy. Ich ciała nie były opalone. One były radioaktywne. Świeciły w ciemności na wściekły róż, emitując tyle energii cieplnej, że gdyby podłączyć do nich turbinę, oświetliłyby pół Madrytu.

   I wtedy pojawił się on. Kierowca. Strateg szos i znawca ludzkiej (zwłaszcza żeńskiej) anatomii. Z miną eksperta wyczarował skądś słoik zsiadłego mleka (a swoją drogą, to czego on nie wozi ze sobą w lodóweczce). Nigdy nie widziałam tak wielkiego poświęcenia w służbie zdrowia publicznego! Z namaszczeniem godnym konserwatora zabytków, kierowca okładał te płonące ciała białą mazią. Robił to z taką pasją i precyzją, jakby tynkował elewację  na  gierkowskich blokach. Co ciekawe, w ogóle się nie spieszył. Wykazywał wręcz nadludzką cierpliwość, sprawdzając co pięć minut, czy mleko na strategicznych odcinkach ramion i pleców już „odparowało”.

  Więc teraz, gdy widzę te promienie słońca myszkujące po moim tarasie, tylko się uśmiecham. Nie ze mną te numery, drogie słońce. Nie mam pod ręką ani słoika mleka, ani tak… „zaangażowanego” kierowcy.






niedziela, 15 marca 2026

OPERACJA MALTAŃCZYK


Było to w pełni wiosennego dnia w ubiegłym roku. Kwitły juz tulipany w parku.
 I właśnie wtedy to na prawdę  upadłam nisko (dosłownie!)
  Mówią, że pies to najlepszy przyjaciel człowieka. Ja dodałabym do tego: a maltańczyk to najlepszy detektor „psiej mamy” w promieniu kilometra.
Wszystko zaczęło się niewinnie. Park, tulipany, ja w moim ulubionym, wełnianym pulowerze polo (zamek nonszalancko rozsunięty, bo przecież wiosna!) i beżowe spodnie, które jeszcze pięć minut wcześniej były szczytem elegancji. Szyk, styl i ciemne okulary – czułam się niemal jak gwiazda na wakacjach.
I wtedy się pojawił. Mała, biała, puszysta kulka energii.
   To nie była moja Toffi. To był „Agent Obcy” – nieco mniejsza i młodsza wersja mojego domowego szczęścia. Piesek wybiegł zza kadru (ciągnąc za sobą smycz i zdezorientowanego właściciela) i popędził prosto na mnie. Czy poczuł zapach psich chrupek w mojej torebce? Czy może po prostu uznał, że beż moich spodni idealnie komponuje się z jego bielą? Nie wiem. Wiedziałam tylko jedno: muszę go pogłaskać!
   Instynkt wygrał z logiką. Z gracją (tak mi się przynajmniej wydawało) padłam na kolana prosto w soczystą, wiosenną trawę.



  Świat wokół przestał istnieć – liczyły się tylko te czarne oczka i merdający ogon. Sukces! Piesek był wniebowzięty, ja również.
   Moment otrzeźwienia przyszedł chwilę później.
Na drugim zdjęciu widać już fazę „post-entuzjastyczną”. Stoję lekko zgięta, z miną kogoś, kto właśnie odkrył nową formę życia na Marsie, i wpatruję się w moje kolana. A tam? 


  Dwie wielkie, fluorescencyjne, zielone plamy. Moje beżowe spodnie właśnie przeszły drastyczny proces „renaturyzacji”.

   Biały sprawca zamieszania patrzy mi prosto w oczy z miną: „Ups, ale za to jak fajnie było, nie?”. Właściciel, trzymając smycz, produkuje seryjne „przepraszam”, a ja zastanawiam się nad jednym: jaki proszek to teraz chwyci?!

   Szybko zaczęłam główkować, czy da się te spodnie uratować. Może jakiś specjalistyczny detergent dla zawodowych piłkarzy.
A może jednak modlitwa do patronki od plam beznadziejnych.
Po prostu pozostało tylko domalowanie reszty spodni na zielono i udawanie, że to styl „urban jungle”.

   Już jestem na tyle długo właścicielką pieska, że powinnam sobie zdawać sprawę z tego, że  idąc  do parku w beżowych spodniach należy bezwzględnie uciekać, kiedy tylko zobaczy się maltańczyka. Albo po prostu mieć w torebce odplamiacz, bo miłość do piesków bywa… brudząca!







sobota, 14 marca 2026

PANCERZ Z JEDWABIU I ŁZA, KTÓREJ NIE BYŁO



     Na zewnątrz: stalowa magnitudo. Liderka, która w korporacyjnych korytarzach porusza się z precyzją chirurga. Każdy krok to komunikat, każde słowo to strategia. Ale dzisiejszy dzień nie był zwykłym dniem. To była bitwa. Podczas gdy u innych „burza mózgów” była jedynie rześkim deszczem pomysłów, w jej głowie szalały prawdziwe wyładowania. Czuła, jak pioruny odpowiedzialności rozsadzają jej skronie. Zna tę grę: jeśli wygramy, sukces będzie miał wielu ojców. Jeśli upadniemy – porażka będzie miała tylko jej twarz.



    W domu wcale nie jest łatwiej. Tutaj też jest sceną, a ona gra główną rolę silnej kobiety, z której rodzina jest taka dumna. Słyszy to „głowa do góry”, które zamiast wspierać, knebluje usta. Bo przecież liderka nie płacze. Liderka nie ma prawa do chwiejnego kroku.

    Wchodzi do sypialni. Trzask zamka to sygnał do demontażu pancerza. Zrzuca korporacyjny mundurek – tę zbroję szytą na miarę, która coraz bardziej pije w ramionach. Wyciąga go z dna szafy: puszysty, angorowy sweter. Jej osobisty „odstresacz”. Miękkość wełny to jedyna czułość, na jaką pozwala sobie w ciągu dnia.



    Siada przy oknie wychodzącym na park. Ciemność między drzewami koi pulsujący ból. I wtedy pojawia się ona. Jedna, słona kropla. Świadectwo wrażliwości, którą musiała głęboko pogrzebać pod stosem certyfikatów z zarządzania. Natychmiast ją ociera. Domownicy zaraz wejdą, a oni nie mogą zobaczyć pęknięć na pomniku, który sami zbudowali. Według nich ta kariera to szczyt marzeń, trofeum, którym można chwalić się przy niedzielnym obiedzie.

     A ona? Ona czuje, jak ta praca wysysa z niej soki, zostawiając pustą skorupę. Gdzie podziała się ta empatyczna dziewczynka, która czuła za mocno i widziała za dużo? Czy studia, które miały dać jej siłę, nie stały się przypadkiem klatką?

  W ciszy pokoju, między jednym a drugim oddechem, wraca ta sama myśl: „Czy moje życie ma być prezentem dla innych, czy domem dla mnie?”.

    Poczucie winy wobec bliskich walczy z instynktem przetrwania. Ale tym razem coś się zmienia. W korporacyjnym świecie uczyła się decyzyjności – czas wykorzystać tę broń we własnej sprawie. Kręgosłup, choć zmęczony, prostuje się. Wzrok twardnieje, ale tym razem nie jest to chłód liderki, lecz determinacja kogoś, kto właśnie odzyskuje wolność.

   Bez względu na to, co powie rodzina, bez względu na szeptane na korytarzach opinie. Bo w tej wielkiej korporacji zwanej życiem, ona w końcu zrozumiała, że jest jedynym udziałowcem większościowym. I właśnie postanowiła ogłosić nową strategię: powrót do siebie.

   Zrzuca nagle maskę na dobre, bo  pojawia się konkretny plan.

    Nowy arkusz kalkulacyjny: Moje „JA”
Siedząc w tym miękkim, angorowym swetrze, zrozumiała jedno: zarządzanie kryzysowe, w którym jest mistrzynią, tym razem musi dotyczyć jej własnego życia. Przez lata optymalizowała procesy dla innych, zapominając o najważniejszym zasobie – własnym spokoju.

  W głowie, obok echa korporacyjnych haseł, zaczyna układać się nowa strategia. To już nie jest mgliste marzenie o ucieczce w Bieszczady. To chłodna, liderka kalkulacja: Audyt emocjonalny: Ile jeszcze razy zduszę w sobie płacz, zanim serce po prostu odmówi posłuszeństwa?

    Redukcja kosztów: Koniec z płaceniem własnym zdrowiem za dumę domowników i prestiżowe logo na wizytówce.

I  Inwestycja w pasję: Czas odkurzyć tę empatię i wrażliwość, które kiedyś były jej siłą, a nie słabością. Może to czas na własny projekt? Coś, gdzie człowiek jest ważniejszy niż wynik w Excelu?
Wstaje z fotela. Jej sylwetka w puszystym swetrze nie przypomina już posągu z brązu, ale żywą, czującą kobietę. Decyzja zapadła. Jutro nie pójdzie na wojnę. Jutro pójdzie złożyć wypowiedzenie – nie tylko z pracy, ale przede wszystkim z roli „siłaczki”, którą narzucił jej świat.

   Wie, że w salonie czeka rodzina. Wie, że ich twarze zastygną w zdziwieniu, a potem może w rozczarowaniu, gdy powie im, że „wielka kariera” właśnie dobiegła końca. Ale po raz pierwszy od lat czuje dziwną lekkość.

  „Zawiodę ich?” – myśli, kładąc dłoń na klamce. – „Może. Ale wreszcie przestanę zawodzić samą siebie”.

  Wchodzi do pokoju. Nie uśmiecha się sztucznie. Nie prostuje nerwowo ramion. Patrzy im prosto w oczy i mówi cicho, ale z mocą, której nie powstydziłby się żaden prezes:
– Słuchajcie, musimy porozmawiać. Zmieniłam priorytety.









piątek, 13 marca 2026

NA DOG - WALKERA TO JA SIĘ RACZEJ NIE NADAJĘ



   Wyobraź sobie tę scenę: ja, moja słodka Toffi (która gabarytami przypomina raczej puszystą eklerkę niż bestię z Baskerville’u) i nagle ONA. Sąsiadka z „prośbą nie do odrzucenia”. W moje ręce trafia smycz, na której końcu pręży się obiekt wielkości małego kuca szetlandzkiego.

   W ułamku sekundy zrozumiałam, że moja grawitacja jest mocno przereklamowana. Toffi nagle uznała, że musi pilnie zbadać strukturę molekularną kępki trawy po lewej, podczas gdy „Mały Kucyk” postanowił pogonić za gołębiem, który bezczelnie mrugnął do niego trzy metry dalej po prawej. Stałam się ludzkim łącznikiem w międzygatunkowym przeciąganiu liny, czując, jak moje stawy biodrowe powoli przechodzą w tryb „rozpaczliwe demo jogi”.


    A przecież w młodości miałam taki genialny plan na biznes! „Hurtowy Wyprowadzacz Psów”. Marzyło mi się bycie polską wersją dziewczynki z amerykańskich filmów, która z uśmiechem idzie alejką w parku, trzymając pęk kolorowych smyczy niczym pęk baloników. 


Los jednak oszczędził mi tej traumy, serwując dzieciństwo w małym mieście, gdzie psy dzieliły się na dwie kategorie: „Podwórkowe Monarchy” i „Wolni Strzelcy”, których głównym celem życiowym było uprawianie parkouru przed hyclem.

   Dziś, patrząc na profesjonalnych dog-walkerów, widzę w nich nie tyle opiekunów, co mistrzów fizyki kwantowej. Oni wiedzą coś, czego my nie wiemy – jak utrzymać pion, gdy pięć różnych wektorów siły ciągnie ich w stronę nagłego kota. Widziałam ten obrazek w sieci: pan w centrum smyczkowego tornada, oczy jak spodki, a w oddali jeden, mały, siedzący spokojnie kocur. To nie jest spacer. To jest walka o przetrwanie w świecie, gdzie każdy pies ma inne plany polityczne, towarzyskie i zapachowe.

   Gdyby wtedy w moim miasteczku istniał taki zawód, pewnie do dziś byliby tam widywani ludzie-satelity, krążący wokół osiedli, bo jeden pies chciał iść na północ, drugi na południe, a trzeci po prostu postanowił usiąść i zostać filozofem.


  Kiedy moje stawy biodrowe powoli zaczęły nadawać sygnał SOS, z oddali wyłoniła się sprawczyni całego zamieszania. Sąsiadka kroczyła w moją stronę z miną osoby, która właśnie zjadła pyszne ciastko, podczas gdy ja wyglądałam, jakbym właśnie przegrała walkę z ośmiornicą.
– „Ojej, widzę, że państwo się zaprzyjaźnili!” – zawołała radośnie, ignorując fakt, że jej „Mały Kucyk” właśnie usiłował wykopać tunel do Chin pod moimi stopami. – „On tak ma, że jak poczuje pokrewną duszę, to dostaje skrzydeł!”

   Skrzydeł? 
Ja czułam raczej, że on dostaje napędu odrzutowego, a ja jestem tylko niefortunnie doczepionym balastem. Toffi w tym czasie przyjęła strategię „obrażonej primadonny”. Usiadła tyłem do nas wszystkich, z ogonem sztywnym jak antena satelitarna, i z pogardą godną arystokratki obserwowała przelatującą muchę. Jej wzrok mówił wyraźnie: „Mamo, nie znam tej pani, nie znam tego potwora i udaję, że to nie ty jesteś tą osobą, która właśnie próbuje nie wylądować twarzą w żywopłocie”.

 – „Wie pani” – wykrztusiłam, desperacko skracając smycz, która owinęła mi się wokół nadgarstka tak mocno, że zaczęłam tracić czucie w palcach – „zawsze marzyłam o wyprowadzaniu wielu psów naraz. Ale po tych pięciu minutach dochodzę do wniosku, że amerykańskie filmy kłamią. Tam dzieciaki nie mają kręgosłupa z plasteliny!”

  Sąsiadka zaśmiała się perliście, odbierając ode mnie smycz. W ułamku sekundy bestia uspokoiła się i potulnie usiadła przy jej nodze. Czysta magia. Albo spisek.
– „To tylko kwestia dominacji, kochana!” – rzuciła na odchodne.



   Gdy tylko odeszły, Toffi nagle „odżyła”. Zaczęła dumnie kroczyć przede mną, co chwilę oglądając się, czy na pewno widzę, jak dzielnie „przepędziła” intruza. W drodze powrotnej, przechodząc obok kota sąsiadów, który siedział na płocie z miną prezesa korporacji, Toffi nawet nie mruknęła. Tylko ja, czując każde pasmo mięśni, o których istnieniu zapomniałam od czasów lekcji WF-u, pomyślałam o tym panu z obrazka w sieci.

Już wiem, co czuł. To nie był brak bezradności. To był stan oświecenia, w którym człowiek rozumie, że w starciu z pięcioma psami i jednym kotem, jedyne co możesz zrobić, to z godnością poddać się prawom fizyki i liczyć na to, że lądowanie będzie miękkie. Moja kariera profesjonalnego dog-walkera zakończyła się, zanim na dobre się zaczęła – i całe szczęście dla mojego kręgosłupa!









czwartek, 12 marca 2026

ODWRÓCONA MODLITWA

 






Tym razem sprawdziłam swoje umiejętności detektywistyczne.

Na tapetę wzięłam obraz Aurelio Bruniego, włoskiego malarza symbolisty -  "Taglio Netto" (Czyste cięcie).  Zaczęłam już w myśli snuć historię interpretacyjną, ale wzrok mój utkwił w tej karteczce leżącej na skraju stołu. Był tam jakiś tekst niezbyt długi, ale artysta ulokował go w ten sposób, że zwrócony był do bohaterki obrazu, dla nas jednak odwrócony, ale co to dla dociekliwego detektywa. Odwróciłam  obraz "do góry nogami", zrobiłam sobie skan tylko z listu, przetłumaczyłam i eureka! W ten sposób odkryłam tajemnicę "Taglio Netto" Aurelio Bruniego.

No to już wszystko jasne... zaczynam snuć  historię....

   Siedziała przy dębowym stole, a cisza w pracowni była tak gęsta, że niemal słyszała bicie własnego serca. Przed nią, niczym świeża rana, rozlewał się czerwony materiał. Niedbale rzucona tkanina spływała kaskadą na blat, przypominając zakrzepłą krew. (Czy to czasem nie sukno z przeznaczeniem na ornat... bo i tam jakieś haftowane litery?)

   Podparła głowę ręką, a w jej spojrzeniu malowało się nieludzkie skupienie. W drugiej ręce trzymała nożyczki. Ich stalowe ostrza lśniły, obiecując ostateczność. Wiedziała, że w życiu są błędy, których nie da się naprawić fastrygą. Czasami jedynym ratunkiem jest taglio netto – czyste cięcie.

   Z tyłu, na surowej ścianie, mrok gęstniał z każdą minutą, a cień przechylonego krzyża kładł się na tynku niczym niemy świadek.

Najbardziej intrygujący detal leżał jednak na skraju stołu. Kawałek papieru z dużymi literami. 

Jako widzowie musimy niemal stanąć na głowie, by go rozszyfrować, ale dla niej – siedzącej naprzeciw – słowa te są proste i czytelne: „ALTISSIMU BON SIGNORE".
To początek "Pieśni słonecznej" św. Franciszka z Asyżu: „Najwyższy, dobry Panie...”.
Ten odwrócony tekst zmienia wszystko. 
To nie jest wiadomość dla nas. To intymny dialog bohaterki z sacrum. 

  Modlitwa o pokorę leży tuż obok zimnej stali gotowej do niszczenia. Czerwień materiału to już nie tylko tkanina – to symbol pasji i ofiary, którą ona trzyma w dłoniach, podczas gdy z papieru bije wezwanie do „Najwyższego”.

   Fakt, że musimy obrócić obraz, by zrozumieć te słowa, sugeruje, że wejście w jej świat wymaga od nas zmiany perspektywy. To, co dla nas jest chaosem i „dziwnym wzrokiem”, dla niej jest momentem najgłębszej prawdy. 

   Podniosła nożyczki. Metal szczęknął cicho, przecinając ciszę i czerwień tkaniny.
– Już czas – szepnęła, a cień krzyża na ścianie zdawał się drgnąć w odpowiedzi.

FINE
.....................................................

Pieśń Słoneczna- św. Franciszek z Asyżu


1. Najwyższy, dobry, wszechpotężny Panie,
Tobie jednemu chwała cześć i moc.
Tobie, Najwyższy, one wciąż przystoją
I nikt z nas nie jest godzien wielbić Ciebie.

2. Bądź pochwalony z całym Twym stworzeniem,
A nade wszystko z bratem naszym, słońcem,
Które dzień daje, a Ty przez nie świecisz,
Ono jest jasne i promieniejące.

3. Bądź pochwalony, Panie mój i Boże,
Przez siostrę naszą, ziemię życiodajną,
Która nas chowa i żywi obficie
I daje kwiaty, owoce i zioła.

4. Bądź pochwalony, Panie mój i Boże,
Przez brata księżyc oraz siostry gwiazdy,
Które stworzyłeś na niebie wysokim,
One są jasne i cenne, i piękne.

5. Bądź pochwalony z bratem naszym wiatrem
I przez powietrze, i obłoki czyste,
I przez pogody, oraz zmiany czasu,
Którymi karmisz wszystko, co istnieje.

6. Bądź pochwalony poprzez siostrę wodę,
Która jest cenna, pokorna i czysta,
Niech Cię też chwali piękny brat nasz, ogień,
Noc nam oświeca swoją żarliwością.

7. Bądź pochwalony przez przebaczających,
Którzy dla Ciebie znoszą tyle cierpień.
Błogosławieni, którzy czynią pokój,
Bowiem przez Ciebie będą nagrodzeni.

8. Bądź pochwalony poprzez śmierć cielesną,
Tę siostrę naszą, której nikt nie ujdzie,
Biada tym ludziom, co w grzechu konają,
W grzechu śmiertelnym odchodzą do Pana.

9. Błogosławieni słuchający Ciebie,
Bowiem śmierć druga nigdy ich nie dotknie.
Składajcie dzięki Bogu wszechmocnemu
I służcie Panu z prawdziwą pokorą.







ZNIECZULENIE OGÓLNE (DLA LEKARZA, NIE DLA PACJENTA)


  Ostatnie wpisy moje na blogu są przeplatanką: trochę nostalgii, a trochę humoru. Czas na humoreskę , która została zainspirowana malarstwem rosyjskim.
  Jeśli myśleliście, że dzisiejsze kolejki do dentysty są traumatyczne, spójrz na pacjenta u mistrza Szyszkina . Nie obawiaj się, nie spowoduję tym wpisem traumy u Ciebie, będzie ona, być może,  dla jednego z bohaterów tej humoreski, ale na pewno nie dla dentysty.

 Prezentuję 2 obrazy, które zinterpretowałam z przymrużeniem oka.
Autorem dzieł jest artysta malarz -  Andriej Szyszkin (1960), malarz rosyjski. 

by Andriej Szyszkin - "Za zdrowie"

   Biedny Iwan siedzi na krześle, z głową owiniętą chustką Nataszy tak ciasno, jakby zaraz miał zostać wystrzelony z armaty, a jego jedynym towarzystwem jest pulsujący ból ósemki, która postanowiła wypowiedzieć posłuszeństwo w samym środku żniw.
    A co robi nasz szanowny pan doktor?
  Doktor jest człowiekiem głębokiej wiary. Wierzy mianowicie, że nic tak nie poprawia precyzji oka i stabilności ręki przed rwaniem, jak mała dawka „eliksiru prawdy”. Stoi do pacjenta tyłem – nie z braku szacunku, skądże znowu! On po prostu celebruje chwilę. W lewej dłoni kieliszek, w prawej karafka z płynem tak przezroczystym, że mógłby uchodzić za wodę święconą, gdyby nie ten charakterystyczny błysk w oku medyka.

   – Panie doktorze… – jęczy Iwan z tła, a jego głos brzmi, jakby dochodził ze środka starej beczki. – Długo jeszcze będziemy przygotowywać te kleszcze?

  Doktor, ani drgnie. Właśnie analizuje skład chemiczny zawartości kieliszka. Na półce czekają jeszcze dwie buteleczki – zapas strategiczny na wypadek, gdyby pacjent miał wyjątkowo silne korzenie lub gdyby doktorowi drgnęła powieka.

   – Cierpliwości, przyjacielu! – mruczy lekarz pod nosem, wznosząc niemy toast do regału z miksturami. – Przecież muszę najpierw… zdezynfekować operatora. Pacjent musi czuć, że lekarz jest w dobrym humorze. Dobry humor to połowa sukcesu w stomatologii.

  I tak to trwa: z tyłu dramat w chustce, z przodu mała, prywatna radość w gabinecie. Najważniejsze to zachować odpowiednią kolejność: najpierw „za zdrowie” lekarza, a potem – być może – za ząb pacjenta. Choć patrząc na minę doktora, Iwan ma spore szanse, że po zabiegu obaj będą widzieć świat w tych samych, nieco rozmytych barwach.

    Wyobraź sobie tę ciszę w gabinecie: pacjent ledwo dycha pod tą chustą, modli się o cud, a za jego plecami słychać tylko ciche „pyk” korka i radosny bulgot przelewanej „mikstury”.
To kwintesencja starej szkoły medycznej: lekarz najpierw leczy własny stres, żeby pacjentowi było… lżej na sercu (bo na dziąśle to już raczej nie).

  Iwan, mimo bólu rozsadzającego szczękę, miał słuch czujny niczym u zająca. Usłyszał to. Charakterystyczne „chlup, chlup, chlup”, a potem błogi pomruk satysfakcji wydobywający się z gardła doktora.

   W tym momencie pacjent zrozumiał dwie rzeczy: Doktor właśnie wszedł w stan nieważkości.
Jeśli teraz nie ucieknie, to zamiast zęba może stracić ucho, nos albo wiarę w naukę. I już sobie to wyobraża:

by Andriej Szyszkin - "Dentysta"

   O,  Pomiłuj, Gospodi! 
   Iwan nie dopuści do takiej sytuacji!

   Gdy medyk z czułością odstawiał karafkę na półkę, Iwan – wciąż w tej gigantycznej chuście na głowie – wykonał manewr godny partyzanta. Bezszelestnie zsunął się z krzesła, złapał buty pod pachę i wystrzelił przez próg niczym korek z szampana.

   Doktor, wolno obracając się na pięcie z kleszczami w dłoni i błędnym wzrokiem, zastał tylko puste krzesło i unoszący się w powietrzu kurz. 

   – No proszę – mruknął, uśmiechając się do pustej ściany. – Moja nowa nalewka działa cuda. Pacjent uzdrowiony w sekundę! Nawet nie zdążyłem powiedzieć „Aaaa”.

   I tak oto medycyna odniosła kolejny sukces, choć pacjenta widziano trzy wioski dalej, jak wciąż w pełnym biegu próbował rozwiązać supeł na czubku głowy.

   Iwan pewnie do dziś biegnie przez rosyjskie stepy, a doktor wciąż analizuje ten „cudowny przypadek nagłego uzdrowienia” przy kolejnej karafce.

Morał? Idąc do dentysty, zawsze sprawdzaj, czy lekarz nie stoi do Ciebie tyłem. Bo może się okazać, że znieczulenie przyjmuje zupełnie nie ta osoba, co trzeba.

Ten obraz Szyszkina to przestroga: 

  Gdy widzisz, że Twój dentysta ma lepszy humor niż Ty, a na półce stoją podejrzane buteleczki, lepiej udawaj, że ból zęba nagle przeszedł jak ręką odjął.
Ale zapamiętaj też sobie, aby zawsze sprawdzić, czy lekarz nie stoi do Ciebie tyłem. Bo może się okazać, że znieczulenie przyjmuje zupełnie nie ta osoba, co trzeba i wcale środek znieczulający nie musi stać na widoku. 
......................................

Andriej Aleksiejewicz Szyszkin, urodzony w 1960 roku, urodził się i wychował w Moskwie. Maluje od piętnastego roku życia i pracuje jako artysta w prywatnej pracowni. Jego głównym zainteresowaniem artystycznym jest portret, malarstwo historyczne i rodzajowe. Jego obrazy emanują ogromną energią, głębią i ekspresją. Tworzy w stylu realistycznym, zakorzenionym w tradycjach malarstwa akademickiego.
Szczególne miejsce w jego twórczości zajmują historia Słowian, pogański politeizm, eposy i baśnie. Ten antyczny świat w jego obrazach to coś więcej niż tylko rekonstrukcja obrazów; przekazują one głębokie znaczenie symboliczne(...)
https://www.art-vernissage.ru/







wtorek, 10 marca 2026

ŻAR WPLECIONY W MILCZENIE

 



Dzisiaj znów postanowiłam na podstawie obrazu pofantazjować. Może trochę będzie nostalgicznie, ale tak nastraja mnie ten obraz, który ma w sobie niezwykły spokój, niemal słychać w nim trzaskanie drewna i miarowy oddech kota.
W swoich zbiorach miałam tylko ten czarny obraz. Już po napisaniu  tego postu natchnęło mnie, aby przeszukać sieć, aby znaleźć autora i tytuł. I tu spotkała mnie niespodzianka. Znalazłam więcej, niż oczekiwałam. Rozszerzony obraz i w pełnej oryginalnej krasie. Tak więc są dwa obrazy, ponieważ nie mam serca odrzucić czarno-białego. Historia dotyczy czarno - białego.


   
  W półmroku salonu czas zdaje się zastygać w czerni i bieli, ustępując miejsca jedynie tańczącym, żywym płomieniom. To one, okolone  ramą kominka bez drzwiczek rzucają ciepły blask na dłonie starszej pani, która z miłością pochyla się nad swoim światem. 

   Mimo półmroku który nie uwydatnia koloru sukni   z bufiastymi rękawami, i tak widać, że jest niezwykle elegancka. W powietrzu unosi się niemal słyszalny szept – to staruszka dzieli się wspomnieniami z jedynym słuchaczem, który nigdy jej nie przerywa. Kot, oparty miękkim futerkiem o podnóżek, unosi głowę z uwagą godną najwierniejszego przyjaciela, jakby każde słowo o niedokończonym, szydełkowym obrusie było najważniejszą historią wszechświata.

   W tle, na krawędzi paleniska, drzemie metalowe naczynie pełne aromatycznych ziół, a żeliwne narzędzia czekają w gotowości, by znów poruszyć ogień. To kadr wyrwany z wieczności – chwila, w której jedynym kolorem jest żar serca i domowego ogniska, ogrzewający chłód nostalgicznej fotografii.

   Staruszka poprawiła szydełko, a srebrna nitka błysnęła w świetle płomieni. Spojrzała na kota, mrużąc oczy z czułością.
— Widzisz, mój drogi? — szepnęła, a jej głos był miękki jak włóczka na jej kolanach. — Ten wzór pamięta jeszcze czasy, gdy te ręce nie drżały, a w tym domu było tyle śmiechu, że ogień w kominku nie nadążał z tańczeniem. Dzisiaj tylko my dwoje wiemy, co ukryło się między oczkami tego obrusu.
Kot poruszył uchem, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
— Zaraz zaparzę nam tych ziółek, czujesz jak pachną? To zapach spokoju. Nie martw się, nigdzie się nie wybieram. Zostało mi jeszcze kilka rzędów do skończenia i całe mnóstwo słów, których nikt inny by nie zrozumiał, prawda?

„— Mój kochany mruczku — westchnęła cicho Eleonora, a blask ognia rozświetlił szlachetne rysy jej twarzy. — Wiedzą o nas tylko te cztery ściany i stalowy piec, który wiernie pilnuje naszego ciepła.
Przesunęła dłonią po grubym materiale sukni, czując pod palcami szorstkość czasu.
— Pani Eleonora, tak mnie kiedyś nazywano, pamiętasz? Teraz jestem już tylko częścią tego cichego obrazu. Ale dopóki zioła parują w naczyniu, a ty patrzysz na mnie tym swoim mądrym wzrokiem, czuję, że każda nitka w tym obrusie ma swoje miejsce. Tak jak my tutaj.

   Kot wyciągnął łapę w stronę jej podnóżka, jakby chciał potwierdzić, że nigdzie nie jest mu lepiej niż u boku swojej pani, w kręgu światła, który ocala ich od zapomnienia.”

   Eleonora powoli, niemal z namaszczeniem, wbiła szydełko w splot niedokończonego obrusu. Odłożyła robótkę na kolana, wygładzając dłonią misterne wzory, które w półmroku wyglądały jak szron na szybie.
— Na dziś wystarczy, mój przyjacielu — szepnęła, a jej wzrok spoczął na metalowym naczyniu.

   Sięgnęła po grubą ściereczkę i ostrożnie uniosła pokrywkę. W górę uniósł się gęsty, biały obłok pary, niosąc ze sobą kojący zapach macierzanki i miodu. Ten aromat wypełnił przestrzeń między nią a kotem, tworząc niewidzialny pomost spokoju. Eleonora ujęła kubek w obie dłonie, pozwalając, by ciepło naparu przeniknęło do jej chłodnych palców.

  Kot, czując, że rozmowa dobiegła końca, przeciągnął się leniwie, nie spuszczając jednak wzroku z twarzy pani. W świetle dogasających drewienek oboje wyglądali jak rzeźby zastygłe w bursztynowym blasku – dwa istnienia splecione w ciszy, którą tylko oni potrafili zrozumieć.

Drogi Kocie.... Dawno, dawno temu...
by Alberto Ghizzi Panizza

...I tylko obrażony lew górował wysoko nad piecem, pilnując nic dla niego nieznaczących bibelotów Eleonory. Nieznaczących nic dla niego...  ale nie dla Eleonory.
.......

Na ścianie widać naczynia rozwieszone wraz z wspomnieniami, w których Eleonora gotowała kiedyś przysmaki dla ukochanych osób.
Ale tego już Ci nie opowiem, ponieważ czas na wyciszenie się przed snem, a więc na ziółka - melisę.

   Niech ta noc otuli Cię jak gruby, wełniany splot sukni Eleonory, odcinając od świata wszystko, co głośne i zbędne.
  Z każdym oddechem niech ulatuje z Ciebie napięcie dnia, tak jak aromat ziół ulatuje z porcelanowej filiżanki. Wyobraź sobie, że teraz to Ty siedzisz w tym bezpiecznym fotelu, a jedynym rytmem, który Ci towarzyszy, jest spokojny oddech śpiącego u Twoich stóp kota i miarowe, kojące ciepło dogasającego kominka.  

   Śpij spokojnie, wiedząc, że każda nitka Twoich dzisiejszych spraw została już bezpiecznie odłożona na bok, by czekać na nowy świt. 
Dobranoc.





INWAZJA MALTAŃCZYKA



Jak moja Toffi została pasażerką na gapę

Mówią, że spacer z psem to relaks. Czysta metafizyka: ty, natura i wierny towarzysz przy nodze. Cóż, jeśli waszym towarzyszem jest Toffi, to „metafizyka” szybko zamienia się w „fizykę kwantową” – musisz być w trzech miejscach naraz, przewidywać przyszłość i mieć refleks operatora GROM-u.

   Ostatnio znów miałam ten swój dylemat moralny. No bo patrzę na Toffi: ona widzi trawnik i nagle dostaje objawień. Tam są zapachy! Tam jest życie! Tam jest psi „Super Express” rozrzucony między kępkami mlecza! A ja? Ja jak ta zła macocha: „Toffi, alejka!”, „Toffi, do nogi!”. No i pękłam. Zboczyłyśmy z trasy, by zaznać odrobiny luksusu na trawie.

  
 Gdy już poznała wszystkie tajemnice ukryte w trawie - dumnie (ja z poczuciem winy, ona z nosem w glebie) kroczyłyśmy w stronę parkingu, a tam, dopiero się zaczęło. I wtedy się zaczęło.

  Znacie to uczucie, gdy smycz nagle staje się tak napięta, że mogłaby służyć jako struna w harfie? Toffi zobaczyła cel. Otwarte drzwi do zaparkowanego auta. W środku siedziała nieświadoma niczego kobieta. Dla normalnego psa to po prostu samochód. Dla Toffi? To był portal do innej galaktyki, w której czekają kolana do wyściskania i twarze do wylizania.

  Zanim zdążyłam pomyśleć „blokada!”, moja suczka wykonała skok godny lekkoatlety. W ułamku sekundy Toffi zameldowała się wewnątrz auta, lądując centralnie na kolanach obcej pani.

  Moje serce stanęło. W głowie miałam już wizję policji, wezwań do zapłaty za czyszczenie tapicerki i wykładu o napaści z użyciem psa o masie pluszaka. Stałam tam, trzymając smycz prowadzącą wprost do cudzego samochodu, i dukałam przeprosiny.

   A co zrobiła Toffi? Postanowiła przeprowadzić profesjonalny peeling twarzy tej pani. Językiem. Z pełnym zaangażowaniem.
Czekałam na krzyk kobiety. Usłyszałam… śmiech.
– Nic nie szkodzi! – wykrztusiła pani, próbując złapać oddech między jednym a drugim „całusem”. – Mam w domu maltańczyka, znam ten styl bycia!

  Odetchnęłam. Okazało się, że „maltańczykowa solidarność” działa lepiej niż Assistance. Pani była zachwycona, Toffi dumna z nowej znajomości, a ja… ja po prostu kupiłam mocniejszy klej do butów, żeby następnym razem szybciej wyhamować tę moją małą wyścigówkę.

Ilekroć wychodzę z domu, zaopatruję sie w refleks ninja, ale Toffi  po kilku minutach "usypia" moją uwagę  i zawsze coś  "odstawi". 


poniedziałek, 9 marca 2026

SPOJRZENIE PRZEZ RAMIĘ


Muszę się przyznać, że mam trochę zabałaganiony dysk w komputerze. Nie mogę się wyzbyć starych zdjęć, obrazów, bo może się jeszcze przydadzą... To tak, jak z wietrzeniem szafy, która przyprawia mnie o ból serca. Nie mogę się też z niej wyzbyć ciuszków, które , jako niepowtarzalne wzory, zostały gdzieś wyszukane w ciuchlandii.

Dzisiaj mój wzrok padł na obraz Wiliama Oxera. Zapisując go w galerii wiedziałam, że przyjdzie czas, że go wykorzystam. Wspominałam już kiedyś, że inspiracją do prowadzenia bloga są dla mnie przede wszystkim obrazy, czasem muzyka. Tyle ładunku emocjonalnego artysta w tym obrazie zawarł, aż zatyka dech obserwatora. Więc nadszedł czas. Dzisiaj.

Lubię sobie pofantazjować. Sprawdźcie mnie, czy ten obraz mógłby być ilustracją do tej poniżej wymyślonej na poczekaniu historyjki.


  "W małym mieszkaniu na ostatnim piętrze starej kamienicy lampa rzucała ciepłe, bursztynowe światło tylko na fragment pokoju. Reszta tonęła w półmroku.

  Anka stała przy oknie, wciąż w tej samej czarnej sukience, w której wróciła godzinę wcześniej z kolacji. Sukienka pachniała obcym perfumem i papierosami, których sama nie paliła.

  Usłyszała kroki na klatce schodowej. Znane. Powolne. Zbyt znajome.

  Serce podskoczyło jej do gardła. Nie odwróciła się od razu. Tylko lekko, bokiem, przez ramię – tak jakby chciała zobaczyć, a jednocześnie bała się zobaczyć za dużo.

  Ktoś zatrzymał się przed drzwiami. Nie zapukał. Jeszcze nie.

  Anka odruchowo przyłożyła palce do ust, jakby chciała zamknąć nimi własne westchnienie. Albo słowa, które właśnie cisnęły się na język: „nie dzisiaj”, „zostaw mnie”, „proszę”.

 Ale nie powiedziała nic.

  Tylko patrzyła w szybę, w której odbijała się jej własna twarz – oczy wielkie, trochę przestraszone, trochę zawstydzone, jakby przyłapano ją na czymś, czego sama przed sobą nie chciała nazwać.

  Za drzwiami cisza trwała już zbyt długo.

  A ona wciąż stała bokiem, z głową przekrzywioną, z włosami opadającymi na policzek jak zasłona, za którą można się schować jeszcze przez chwilę.

  Bo czasem najtrudniej jest odwrócić się całkowicie. Trudniej spojrzeć prosto w oczy temu, co czeka po drugiej stronie – czy to człowiek, czy własna decyzja sprzed trzech godzin, czy po prostu prawda, której nie chciała dzisiaj usłyszeć.

  Więc stała tak jeszcze sekundę, dwie, dziesięć… Z palcami przy ustach. Z sercem bijącym w całym pokoju.

  I w tym jednym spojrzeniu przez ramię zmieściło się wszystko, czego nie umiała powiedzieć na głos."

.........


niedziela, 8 marca 2026

GRANICE BABCINEJ CZUŁOŚCI


  Przedszkolak chętnie daje się przytulać kiedy babcia odbiera go z przedszkola, ale kiedy podrośnie. Wskakuje babci na szyję, nawet, jeśli jest u starszaków..... Kiedy jednak zostaje uczniem.... a to już inna bajka.

    To pokrótce opiszę, jak wygląda powrót starszego wnuka ze szkoły.
    No cóż, tutaj hierarchia jest jasna i nieubłagana. Scenariusz zazwyczaj wygląda tak: drzwi się otwierają, tornister ląduje w kącie z gracją rzuconego worka ziemniaków, a wnuczek natychmiast pada na kolana.
   Nie, nie po to, by dziękować za pyszny obiad. To rytuał powitalny z Toffi – naszym maltańczykiem.
Patrzę na to z boku: wnusio na podłodze, pies w pełnej ekstazie, lizanie po twarzy, obskakiwanie i wspólne fikołki w przedpokoju. Wygląda to jak scena z filmu o wielkiej przyjaźni, gdzie emocje sięgają zenitu. W końcu nie wytrzymuję i pytam z uśmiechem:
„Wnusiu, a z babcią to tak serdecznie nie mógłbyś się przywitać? I zaznaczam: nie wymagam lizania mnie po twarzy!”

   Reakcja wnuczka na moją propozycję „powitania w stylu Toffi” jest zazwyczaj bezcenna. Wnusio na sekundę zastyga w bezruchu (często z psem na głowie), patrzy na mnie z taką mieszanką politowania i rozbawienia, po czym z rozbrajającą szczerością rzuca:
  „Babciu, ale przecież Ty nie masz takich miękkich uszu i nie robisz takich śmiesznych min, jak chcesz dostać smaczka!”
   I weź tu człowieku dyskutuj z taką logiką. Po chwili jednak, widząc moją udawaną „zazdrosną” minę, wstaje z podłogi (otrzepując się z białej sierści) i funduje mi ten jeden, jedyny, szybki uścisk, który mówi: „Dobra, babciu, nie fochaj się, pies jest od zabawy, a Ty jesteś od kochania (i ewentualnie od naleśników)”.

   Trudno, przestaję walczyć z maltańczykiem. To bitwa z góry przegrana. Zamiast tego chyba zainwestuję w „smaczki” dla wnuczka – najlepiej takie w formie domowego ciasta lub banknotu z wizerunkiem króla. Wtedy może okaże się, że babcine „uszy” też są całkiem w porządku, a i poziom serdeczności gwałtownie skoczy w górę!
Tak bywa przy okazji, np. Dnia Babci. Najpierw przytulam wnusia, a dopiero kwiaty od niego, bo dopóki nie złoży życzeń, a ja nie przejmę kwiatów, to wciąż mam szanse na dłuższe przytlenie.

Trochę się wnusio opiera....
"Wytrzymaj chłopcze, wytrzymaj, dopóki dziadek kamery nie ustawi :) "



     No i dochodzę do takiego oto wniosku: 
Jeśli chcę, by wnuczek witał mnie z taką samą pasją jak maltańczyka, muszę albo zacząć merdać ogonem, albo... zawsze mieć w kieszeni coś smaczniejszego niż psia chrupka. Chociaż umówmy się – z Toffii  i tak nie wygram, ona nie pyta o oceny z matematyki!

sobota, 7 marca 2026

CINDY CRAWFORD Z BIEDRONKI

 


  O TYM,  DLACZEGO LEPIEJ NIE OGLĄDAĆ SIĘ ZA SIEBIE  ( tajemniczo i z humorem)


  Idę sobie dziarskim krokiem przez miasto. Słońce świeci, ptaki udają, że potrafią śpiewać w smogu, a ja czuję się niemal jak na wybiegu. Nagle – nie wiedzieć czemu – instynkt każe mi się odwrócić. I co widzę?
Tuż za mną stoi postać z dłonią przyklejoną do czoła.
Moja pierwsza myśl: sesja zdjęciowa! Cindy Crawford w latach 90. 



  Robiła taką minę „jestem piękna i lekko stroskana”, promując lakier do włosów. Ale szybko schodzę na ziemię. To nie atelier, to skrzyżowanie przy Biedronce. Żadnych blend, żadnych fotografów, tylko ta ręka i to czoło.

   Zaczynam szybką analizę dedukcyjną:

  Błąd logistyczny: Może po prostu nie wzięła okularów przeciwsłonecznych i teraz słońce wypala jej siatkówkę.

 Jeśli nie ta przyczyna, to może właśnie dotarło do niej, że zostawiła włączone żelazko albo – co gorsza – niezablokowany komputer w pracy.

  Ale też bardzo prawdopodobne jest, że wpadła na pomysł, który zrewolucjonizuje świat (albo chociaż przepis na dzisiejszy obiad).

  Dobra daruję sobie te poprzednie przyczyny. Główkuję dalej. To nie jest natchnienie, to po prostu ból istnienia, zwany potocznie: „o jeden drink za dużo wczoraj wieczorem”. Przecież ewidentnie ją łupie!

  Niestety, nagle dopada mnie ta najczarniejsza, najbardziej paraliżująca myśl. A co, jeśli to jest reakcja na obiekt znajdujący się bezpośrednio przed nią? Co, jeśli ona właśnie wykonuje klasyczny, kinowy facepalm na widok moich nowych szerokich spodni i tej stylowej czapki? Może w jej głowie wybrzmiewa właśnie to okrutne hasło: „Z tyłu liceum, z przodu muzeum” 


  No cóż... może wg niej, ten rodzaj szerokich spodni powinna nosić  Cindy , która ma nogi po samą szyję, ale ja przecież chyba mam dłuższe nóżki, niż kaczuszka i chód jeszcze dziarski, jak na mój wiek. Cindy zresztą teraz jest już 60-letnią kobietą.

  Zerkam nerwowo na boki. Pomiędzy nami nie ma nikogo. Żadnego klauna na monocyklu, żadnego gołębia w czapeczce. Tylko ja i jej dłoń na jej czole.
W tym momencie w mojej głowie odzywa się głos mamy: „Dziecko, idziesz ulicą, to patrz przed siebie, nie rozglądaj się, bo wpadniesz na kogoś albo w coś!”.

  Mamo, miałaś rację. Lepiej było żyć w błogiej nieświadomości, że mój styl to „paryski szyk”, a nie „estetyczna katastrofa narodowa”. Teraz pozostaje mi tylko jedno: stres i gwałtowne przyspieszenie kroku, zanim ta pani podniesie wzrok i potwierdzi moje najgorsze obawy.

Następnym razem na spacer biorę peryskop. Albo po prostu zostanę w domu.

A w domu dzielę się tym, co zajmuje mi wciąż głowę. Ciekawe, co oni na to. 

Wnuczek: „Z tyłu liceum, z przodu muzeum? Ciesz się, Babciu! Muzea są teraz w cenie, bilety kosztują majątek, a w liceum tylko stres i kartkówki z matmy. Jesteś po prostu dobrem kulturalnym!”

Córka: „Babcia miała rację, że wpadniesz, mamusiu, na przechodnia, ale nie wspomniała, że wpadniesz w PARANOJĘ! Następnym razem stań obok niej, też przyłóż rękę do czoła i patrzcie razem w dal. Może przechodnie pomyślą, że to performance artystyczny?”

Zięć: „Stawiam na opcję nr 4 – drinki. Wiem, co mówię. W tym stanie każdy przechodzień wygląda jak Cindy Crawford, tylko obraz się trochę tnie.”

Kaczuszka i mak - Mieczysław Wojnicki





Po ścieżce co wiodła przez pola kwitnące
Kaczor kaczuszkę prowadził za rączkę
Wśród maków czerwonych co do niej mrugały i kłaniały się

Kaczuszka do ojca tak rzekła
Papa czy zdobyć czerwony mak łatwo się da
Niełatwo go zdobyć kaczuszko rzekł na to papa

I po tym dodał jedząc liść sałaty
Bądź mądra i posłuchaj swego taty

Kaczuszko wiesz maki są tak duże duże duże
A ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki
Kaczuszko wiesz maki są czerwone tak jak róże
Kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest

Przy ścieżce co biegła przez pola kwitnące
Mak ujrzał małą kaczuszkę na łące
I trudno uwierzyć pokochał ją ze wszystkich sił bo też młody był

Mak zaraz mamusię zapytał
Mama czy zdobyć kaczuszkę tę łatwo się da
Niełatwo jest zdobyć kaczuszkę odrzekła mama

Bo jeślibyś kaczuszkę wziął za żonę
To cały świat zapytałby zdziwiony

Kaczuszko wiesz maki są tak duże duże duże
A ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki
Kaczuszko wiesz maki są czerwone tak jak róże
Kaczuszki są nieduże i tak już w życiu jest

Aż kiedyś już nie wiem ot gdzieś w końcu wiosny
Każdy z nas przecież miał romans miłosny
Wziął mak malutką kaczuszkę w ramiona i pobrali się

Lecz zaraz niedługo łzy spadły gorące
Kosiarze skosili już kwiaty na łące
I tylko wspomnienie zostało po makach kwitnących

Kaczuszko nie bądź taka zapłakana ja także byłem kiedyś zakochany

Lecz wiesz przecież maki są tak duże duże duże
A ty masz krótkie nóżki jak zwykle u kaczuszki...

piątek, 6 marca 2026

JAK PRZESZŁAM MARATON NA BACZNOŚĆ






    Pamiętacie mój post „Serce w kolejce”? Czekam na całodobowe badanie ciśnienia holterem. Miałam już 2 podejścia.
link tutaj

 Obiecałam, że do trzech razy sztuka i... stało się! Wreszcie uwolniłam się z uwięzi. Moja misja z całodobowym pomiarem ciśnienia dobiegła końca, choć momentami miałam wrażenie, że prędzej dobiegnie końca moja cierpliwość.

     Zaczęło się nadzwyczaj sprawnie. Przychodnia o 9:00 rano tradycyjnie przypominała dworzec w godzinach szczytu – korytarze pękały w szwach, a kolejka wiła się niczym kolejka po papier toaletowy w PRL-u. Ale o dziwo! Mój gabinet zabiegowy był wolny i czekał... na mnie. Szok.

    Przyjęła mnie bardzo sympatyczna pani. Poleciła się rozebrać, siąść i czekać, aż ona „zsynchronizuje urządzenia”. Kiedy zapytałam, czy rozebrać się do połowy, mruknęła twierdząco, nie odrywając wzroku od monitora. Gdy w końcu na mnie spojrzała, padło kluczowe pytanie:
– Czy pani nie nosi staniczka?

    No cóż, zdjęłam go strategicznie. Plan był prosty: wieczorem chcę wślizgnąć się w piżamę bez walki wręcz z kablami. Nie miałam zamiaru spędzić nocy w fotelu w pełnym rynsztunku bojowym tylko dlatego, że zaplątałam się w koronki i przewody. Pani westchnęła i kazała założyć chociaż koszulkę na ramiączkach, żebym później nic nie kombinowała. A więc zostałam już cyborgiem na dobre, Nie dość, że mam na stała wszczepiony stymulator serca, sztuczne soczewki, to jeszcze przez dobę - holter będzie mnie kontrolował. 

  Bywało gorzej, kiedy dr okulista chcąc zbadać zależność ciśnienia wewnątrzgałkowego (IOP) i jego związku z ciśnieniem tętniczym wewnątrzustrojowym wykorzystywał nowoczesne sensory  soczewkowe, które badały dynamikę ciśnienia. Kiedy wszystko zostało włączone moje soczewki świeciły kolorowymi światełkami. Wracając wieczorem z kliniki okulistycznej zaopatrzona w takie urządzenie byłam dla mijających przechodniów cyborgiem. z oczu tryskały mi świetlne promyki.
Tak, przez dobę byłam cyborgiem w prawdziwym słowa tego znaczeniu.

Ale do rem, czyli ciąg dalszy holtera.

   W gabinecie zabiegowym dowiedziałam się od pani, że mogę używać laptopa i telefonu (podobno zakazy to medyczny mit), a pomiary mają być co pół godziny w dzień i co godzinę w nocy. Brzmiało jak plan. Tyle że rzeczywistość miała inne tempo.


   Ledwo wyszłam z przychodni, a maszyna już zaczęła sapać. Pompowanie, pikanie, ściskanie. Myślę sobie: „Ok, pierwszy pomiar kontrolny”. Ale nie! Za 15 minut powtórka. I za kolejne 15 znów. Nie wiem, czy ja się przesłyszałam, czy pani w gabinecie miała inną definicję „pół godziny”, ale przez kolejne 13 godzin czułam się jak żołnierz na warcie. Nieważne, co robiłam, czy organizm czegoś nagle się domagał, czy właśnie niosłam herbatę – co kwadrans słyszałam wyrok. Jak na komendę „baczność!” rzucałam wszystko, prostowałam rękę i zamierałam w bezruchu. Jeśli wynik wyjdzie miarodajny, to chyba tylko w kategorii „sprawność bojowa pacjenta”.

  Noc była... ciekawa. Musiałam dokonać logistycznej rewolucji i zamienić się z mężem stronami w łóżku, byle tylko leżeć na prawym boku i nie zmiażdżyć mojego nowego, elektronicznego przyjaciela na lewym ramieniu.

     Najlepsze przyszło jednak rano. Sądziłam, że o 9:00 maszyna po prostu powie „do widzenia” i przejdzie w stan spoczynku. Gdzie tam! Holter wciąż był głodny wrażeń. Przy ubieraniu niechcący trąciłam jakiś guzik i maszyna – pierwszy raz w ciągu doby – wydała z siebie dziwny dźwięk i znów zaczęła mnie ściskać. Miałam dość. 

  Odpięłam to wszystko, rozłożyłam rękaw na stole jak trofeum, a on... dalej swoje. Na ekranie pojawiła się litera „E” i jakaś liczba. W moim tłumaczeniu oznaczało to: „Error: pacjent uciekł” albo „Brak kontaktu z bazą, prawdopodobnie zgon”.

   Z duszą na ramieniu jechałam do przychodni oddać ten „holterek”. Przez całą drogę drżałam, że te błędy braku kontaktu zepsują średnią dobową i badanie będzie z kosmosu. Już wyobrażam sobie minę Pani oglądającą  "kosmiczne" słupki próbującą zrozumieć, dlaczego o 9:00  miałam ciśnienie godne astronauty w czasie startu. 

   Nie ważne czy holter wypadł dobrze, czy nie,  podejścia numer cztery nie będzie. Jeśli tym razem nie wypaliło, to uznaję, że moje ciśnienie jest po prostu nieuchwytne dla nauki! W gabinecie pani stwierdziła, że po takim 24-godzinnym „treningu posłuszeństwa” wyniki wyszły w normie, mam się nie niepokoić i cierpliwie czekać. Wyniki prześle do mojego lekarza w Przychodni, będą za kilka dni. Nadejdzie ten wielki dzień konfrontacji z wynikami. 

    Mam pewną dozę niepewności : – czy maszyna uznała mnie za okaz zdrowia, czy może za kogoś, kto właśnie przeszedł maraton na baczność.