Słuchajcie, mam plan na lato w czasach apokalipsy - light. Zbuduję sobie prywatny schron informacyjny!
Podczas gdy panowie w garniturach na szklanych ekranach bawią się w „kto ma większy guzik”, ja buduję własne mocarstwo. Granice mojego państwa kończą się na progu mojego tarasu, a jedynym dopuszczalnym sojuszem jest ten zawarty między moją kanapą a mrożoną herbatą. Tak postanowiłam, kiedy rozpoczęła się wojna za naszą wschodnią granicą. Najpierw zawiesiłam bloga na długi czas, a kiedy odwiesiłam niedawno, znów zawierucha.
Trudno, znów wchodzę w bańkę. Blog na razie działa, choć wszystko możliwe. A ta bańka nie jest taka zwykła – to jest luksusowy bunkier emocyjny wyłożony tiramisu i brakiem zasięgu na informacje społeczno-polityczne.
Moją tarczą antyrakietową jest wachlarz.
Wyciągnęłam z zakamarków hiszpańskie wachlarze. Te pamiątki z czasów, gdy największym problemem był brak wolnego stolika w knajpie, a nie polityka międzynarodowa. Wachlowanie się to genialna sprawa. To jedyny dopuszczalny teraz ruch oporu – rytmiczne odcinanie się od gorącej atmosfery newsów.
Planuję opanować technikę „agresywnego wachlowania”. To sygnał dla otoczenia: „Widzisz ten ruch ręką? To jest wiatr zmian, który właśnie wywiewa twoje opinie o inflacji z mojej przestrzeni osobistej”.
Czy aby to idealny gadżet dla przetrwania (z humorem)
Zastanawiam się nad wiatraczkiem na baterie. Takim, który powiesiłabym sobie na szyi. Wyglądałabym jak skrzyżowanie turysty z Ciechocinka z cyborgiem z przyszłości, ale wiecie co? Przynajmniej moja twarz byłaby chłodna, kiedy świat płonie. Do tego okulary przeciwsłoneczne wielkości talerzy deserowych, żeby nikt nie widział, jak przewracam oczami, czytając nagłówki.
Puk... puk... zastukała mi do głowy świadomość, że przecież i tak już jestem cyborgiem, bo mam wszczepiony stymulator serca, a zawieszenie na szyi urządzenia z baterią to niebezpieczny pomysł.
Umówmy się – wizja mnie biegnącej „jak rączy konik” przez miasto jest równie realistyczna, co pokój na świecie w najbliższy wtorek. Moje stopy ogłosiły niepodległość i mają listę żądań. Koniec z butami, które wyglądają jak narzędzia tortur inkwizycji.
W to lato inwestuję w sandały z taką amortyzacją, że mogłabym w nich skoczyć z dachu i odbić się jak piłeczka kauczukowa. Szukam podeszwy, która wybacza wszystko: wiek, wagę i fakt, że jedyny sport, jaki uprawiam, to sprint do kuriera. Jeśli sandał nie ma profilu ortopedycznego godnego astronauty NASA, to dziękuję, postoję. A właściwie posiedzę.
To moja strategia obronna - śmiech przez mgiełkę.
Mój arsenał na lato jest gotowy:
Sandały „Chmurostopy” – aby stawy nie wiedziały, że grawitacja istnieje, a sąsiedzi myśleli, że lewituję.
Woda termalna w sprayu – do gaszenia pożarów (wyłącznie tych na moich policzkach).
Humor czarny jak kawa – bo skoro nie mam wpływu na to, co dzieje się w ONZ, to przynajmniej będę miała wpływ na to, co mnie bawi.
Zamykam właz mojej bańki. Jeśli ktoś chce mnie szukać, będę tam, gdzie jest cień, lody o smaku cappuccino (o tiramisu już nie wspomnę) i absolutna cisza w temacie geopolityki.
Może i świat zmierza w dziwnym kierunku, ale ja zamierzam tam dotrzeć w bardzo wygodnych butach.


