Od bardzo dawna już nie prowadzę auta. czym to wytłumaczyć?
Mam osobistego kierowcę (szofera). Mąż w tej roli sprawdza się znakomicie.
Coś, za coś... , tzn. często śni mi się, że prowadzę sama auto. Tak stało się i tej nocy.
"Krótka historia o tym, jak nagle stałam się wzorowym kierowcą ( Mój sen) :
Jechałam sobie autem. Spokojnie, przepisowo (no, może plus 5 km/h, bo przecież licznik zawsze kłamie, prawda?). Prawa noga spoczywała na gazie w rytm ulubionej piosenki Joe Cockera. W głowie planowałam, co zjem na kolację. Nagle, w połowie refrenu, z aplikacji Yanosik wydobywał się ten charakterystyczny, podszyty nutą grozy głos:
„Uwaga! Nieoznakowany radiowóz. Za trzysta metrów”.
I wtedy zaczęło się dziać to, co psychologowie mogliby nazwać „natychmiastowym przejściem w tryb świętego kierowcy”.
Spanikowałam i dostałam odruch Pawłowa.
Moje serce postanowiło na sekundę stanąć, a potem nadrabiać, bijąc jak oszalałe. We śnie najwidoczniej nie został uwzględniony fakt, że mam zainstalowany stabilizator serca. Prawa noga instynktownie przeskoczyła z gazu na hamulec, chociaż nie jechałam szybciej niż ograniczenie. Spojrzałam w lusterko wsteczne, jakby to miało mi pomóc. „Gdzie? Gdzie on jest? Czy to ta srebrna skoda? A może ten czarny passat? O rety, ten dostawczak wygląda podejrzanie!” – myślałam gorączkowo.
Zaczęłam się kontrolować totalnie.
Sprawdziłam prędkość. Było idealnie. Sprawdziłam zapięcie pasów (są). Sprawdziłam, czy nie rozmawiam przez telefon (nie rozmawiam) :). Zaczęłam siedzieć tak prosto, że poczułam, jak kręgosłup prostował mi się po raz pierwszy od trzech lat. Spojrzałam na zegarek – a co, jeśli minęli mnie parę minut temu i teraz sprawdzają, czy zwalniam przed szkołą?
Nagle postanowiłam być do bólu uprzejmym kierowcą w promieniu 50 kilometrów.
A więc -
Włączam kierunkowskaz na minutę przed skrętem. Przepuszczam wszystkich pieszych, nawet tych, którzy stoją 10 metrów od przejścia i wcale nie zamierzają przechodzić.
Zwalniam do 30 km/h, mimo że ograniczenie jest do 50, bo a nuż...
Mijam „zagrożenia”. Pierwsza - srebrna skoda
W środku siedzi starszy pan w kapeluszu. Mijam czarnego passata. W środku kobieta z dzieckiem. „Yanosik, kłamczuchu!” – myślę z ulgą, po czym przejeżdżam kolejne 200 metrów i widzę go: granatowy sedan, a w nim dwóch panów w kamizelkach, właśnie kończących rozmowę z pewnym bardzo nieszczęśliwym kierowcą w BMW.
Zwalniam jeszcze bardziej, zerkam na nich z nabożną czcią, poprawiam okulary i z kamienną twarzą jadę dalej, w myślach dziękując społeczności użytkowników aplikacji.
Po przejechaniu kolejnych kilku kilometrów, gdy puls wraca do normy, a "święty kierowca" we mnie zasypia, znowu słyszę: „Uwaga, fotoradar”. I zabawa zaczyna się od nowa. Nagle przebudziłam się, bo ktoś użył klaksonu".
To dzwonił budzik. Ufff......
Rano opowiadam sen mężowi, kierowcy zaprawionemu w podobnych przypadkach. Mąż przyznaje, że kocha taki adrenalinowy zastrzyk w realu, ale kiedy jedzie beze mnie, serio!
Przedstawił mi swój pogląd, jakbym musiała w realu kiedyś być w takiej sytuacji. przecież ja to wszystko wiem. Kiedy mąż prowadzi to włączam się , jak instruktor jazdy i wkurzam męża:
"Zdejmij nogę z gazu. Bez względu na to, czy patrol rzeczywiście tam jest, czy to tylko pomyłka użytkownika – bezpieczniej jest zwolnić.
A czy masz:
- zapięte pasy ( sprawdzam)
- a kierunkowskazy włączyłeś ?
- jedź przepisowo!.."
I dopiero tym męża doprowadzam do szewskiej pasji. Też adrenalina, ale takiej już mąż nie znosi
i nie dziwię się mu wcale. Grozi, że mnie wysadzi z auta. Szybko sprawdzam, czy mam wygodne sportowe buty na nogach. Nie... jedziemy np. z wizytą, ja w bucikach na obcasach, gdzież bym tam w nich leciała za autem. Więc milknę, na czas, dopóki nie miniemy patrolu.
Na wszelki wypadek, chyba wrzucę adidasy do bagażnika.
Muszę się poprawić, bo pozostanie mi korzystanie z taxi. O tej usłudze napiszę na tym blogu niebawem.

