Translate

poniedziałek, 18 stycznia 2016

WELKOME

        
airport-at-distance

      Na lotnisku w Orlando trafiamy na oficera  o wschodnioazjatyckiej aparycji. Przygląda się nam dziwnie i wypytuje Kasię, którą wytypowaliśmy na pierwszy ogień.  Nie na próżno studiuje anglistykę.

        - Witam. W jakim celu i na jak długo przybywa pani do USA? – pyta młody człowiek.

        Kasia wyjaśnia , że przyjechała wraz z rodzicami, stojącymi tuż za nią w kolejce  odwiedzić kuzynów na ich zaproszenie, a pobyt planujemy tylko na dwa tygodnie.

        Oficer trochę zdumiony odpowiedzią prosi również o nasze dokumenty, wertuje kartki, przygląda się nam.
        - Przylecieliście tu z całą swoją rodziną i tylko na 2 tygodnie. Czy dobrze rozumiem?
        - Nie z całą - uzupełnia, uśmiechając się Kasia, - siostrę zostawiliśmy w Polsce.
        Nie rozbroiła jednak tą uwagą zasępionej miny młodzieńca, który  kieruje nas do biura oficera imigracyjnego.

        Przechodzimy wylęknieni do wskazanego pomieszczenia. Nie ma na razie tam nikogo oprócz nas. Od razu świta mi myśl, że wykryli w moim bagażu suszone prawdziwki, ukryte w foliowych torebkach w nowiutkich, kupionych na okazję wyjazdu adidasach. Kuzynki uwielbiają polskie grzyby, szczególnie na stole wigilijnym. Jak miałam im odmówić tej przyjemności? 

      Co roku wysyłałam je pocztą, ale skoro jest  okazja, aby zabrać je bezpośrednio, więc je wzięłam ze sobą. Czekając w pokoju na nadejście oficera przyznaję się Bogu ducha winnej rodzince do tego planowanego przemytu, więc cała trójka już przygotowuje sobie głośno  odpowiednie wykręty. A pan oficer pewno na podsłuchu i podglądzie zwija się ze śmiechu. 

    Przedłuża się czas oczekiwania na dalszy ciąg maglowania. Już sobie wyobrażam, że to kres naszej podróży. Jeszcze się nie zaczęło, a już się skończyło! Teraz zawrócą nas do Polski. Spalę się ze wstydu w samolocie, nie doczekam emerytury!  Wreszcie wchodzi przystojny Amerykanin.

         Okazuje się, że to bardzo miły człowiek, który wchodzi szybko w sympatyczną konwersację z córką. To nie prawdziwki nas do niego przywiodły.
        - Przepraszam - wyjaśnia - ale skierował was tutaj, zaskoczony waszym krótkim planowanym pobytem, oficer filipińskiego pochodzenia. Pracuje tu od niedawna i przezornie wolał, aby was sprawdzono. Pierwszy raz przyjmuje polską rodzinę, a do tego deklarującą tak krótki czas pobytu. Oficer nas przeprasza za niedoświadczonego, choć czujnego kolegę. Gratuluje córce znajomości języka angielskiego i życzy miłego pobytu w USA.  

       Teraz już wszystko jasne! A więc młody oficerek uważał, że Polacy nie będą go  naciągać na naiwność. Może spodziewał się, że naszym marzeniem jest praca na czarno w USA  lub pobyt bez zezwolenia na stałe? Przecież nie udowodniliśmy mu, że zostawiliśmy jeszcze jednego członka rodziny w kraju.  O, nie!  Coś według niego tu źle pachniało. No i nie prawdziwki, bo bagaży naszych nie widział.

        Na lotnisku czeka na nas Rela, córka Krystyny i Tadeusza. Pewno dziwi się, dlaczego tak długo nam tu  schodzi. Po dokończeniu pozostałych formalności udajemy się na parking, jednak już w windzie czuję gęstniejącą wilgoć. Powala mnie duchota Florydy. Wilgotność sięga granic wytrzymałości mojego układu oddechowego.

     Jak ja tu wytrzymam? – myślę sobie. - Przecież nie jestem astmatykiem, a duszę się, jak ryba wyjęta z wody. Przecież nie mam zamiaru spędzać 2 tygodni w masce tlenowej. Ani mąż, ani córka nie okazują, aby powietrze, jak gęsta zupa zatykało im piersi. Dlaczego jestem zaskoczona? Przecież należało się tego spodziewać. Wiedziała, nim wylądowałam, że klimat stanu jest podrównikowy i zwrotnikowy morski. Wiosną i jesienią występują huragany. Średnia roczna suma opadów dochodzi do 1500 mm. Roślinność jest śródziemnomorska, na południu zwrotnikowa. Tę wiedzę encyklopedyczną przyswoiłam sobie dokładnie, a szczególnie te huragany. Dobrze, że przynajmniej one nas nie witają.
Szybko pakujemy się do klimatyzowanego samochodu kuzynki, odbierającej nas z  lotniska  i oddycham z ulgą.  Męczę się tak jeszcze 1 dzień, kiedy np. na chwilę opuszczam samochód, aby przebiec z parkingu do Shopping Center, podczas, kiedy moja rodzinka spokojnie, z pełną piersią zajada lody na powietrzu przed sklepem.  Bagna Florydy parują. Powietrze się zmienia, wilgotność robi się znośna, a ja w końcu aklimatyzuję się.